Śnieżne tokowisko

Początek kwietnia w górach w północnej Szwecji. Prawie metr śniegu. Temperatury spadające w nocy do minus 8 stopni i zorza polarna. Przed wschodem słońca na pokryte śniegiem leśne moczary powoli zaczynają przylatywać ptaki …

Tokowisko znajdowało się na moczarach o wielkości kilku boisk piłkarskich zasypanych kilkudziesięciocentymetrową warstwą śniegu. Nie był to miły puch, a skorupa z dosyć mocno zamarzniętą powierzchnią. Bez nart albo rakiet śnieżnych teren był właściwie niemożliwy do spenetrowania. Na szczęście byłem prowadzony przez przewodnika, który torował drogę, a do przejścia miałem tylko kilkaset metrów. Pomimo tego, że szedłem po wydeptanych śladach, to przy takiej warstwie śniegu przebycie kilkuset metrów z plecakiem ważącym prawie 20 kilogramów i przy mojej wadze w granicach 110 kilogramów nie było wcale łatwe. Zapadałem się głębiej niż człowiek idący przede mną. W dodatku tempo marszu było takie, że czołgając się po zamarzniętym śniegu poruszałbym się  zdecydowanie szybciej. Najlepszym wyjściem okazało się zrzucenie plecaka i ciągnięcie go po śniegu. Jak się  później okazało było to rozwiązanie najlepsze dla mnie, ale na pewno nie dla nowego produktu Lowepro. Po dotarciu do namiotu zostawiłem plecak i już na lekko wróciłem do samochodu. Pożegnaliśmy się z przewodnikiem, upichciliśmy z Mateuszem kolację i poszliśmy spać. Tej nocy po raz pierwszy zobaczyłem zorzę polarną. Mateusz jako stary polarnik nie zwrócił na nią uwagi. Rzeczywiście zorza nie była ani duża ani ładna i nie przypominała tych widowisk z opowiadań.

Wstałem o trzeciej i zacząłem szykować się do pierwszej zasiadki. Ten rytuał powtarzałem przez kolejne 6 nocy. Moja pierwsza zorza okazała się wspaniała. Potrzebowała tylko troszkę wiatru słonecznego, aby się wzbudzić. Zacząłem brnąć mozolnie do namiotu,  a nade mną falowała Aurora borealis rozświetlając się i gasnąc na tle gwiaździstego nieba. Po kilkunastu minutach dotarłem wreszcie do namiotu. Wypakowałem sprzęt i rozłożyłem go, tak abym wszystko miał pod ręką począwszy od drugiego obiektywu, przez drugie body, a na konwerterach i wizjerze kątowym kończąc. Kilka minut zajęło mi ustawienie statywu z głowicą do której podpiąłem D3s i 600VR. Zdjąłem buty, a na ich miejsce założyłem botki puchowe. Miałem jeszcze około półtorej godziny do pierwszego brzasku. Ułożyłem się wygodnie i zacząłem nasłuchiwać. Nadaremnie…

Na niebie pojawiła się delikatna kreska żółtej poświaty. Zaczął się wschód i wszystko zapowiadało dobrą pogodę. Nawet wiatr osłabł na tyle, że w namiocie nie było czuć żadnych podmuchów. Zacząłem się niepokoić, nie słyszałem żadnego ptaka. Na pierwsze głosy – gulgotanie czekałem jeszcze godzinę. Po pierwszym ledwo słyszalnym gulgocie moczary zaczęły się budzić. Dobiegało mnie coraz więcej odgłosów lądujących ptaków. Niestety wszystkie dźwięki dochodziły zza moich pleców, dokładnie po przeciwnej stronie niż ustawiony i gotowy do zdjęć zestaw. Miałem wrażenie, że odzywało się kilkanaście kogutów. Niestety piękny wschód nie przyniósł słonecznego dnia. Ołowiane chmury przesłoniły niebo. Kiedy ostatni promień pięknego światła został zduszony przez lejący się z nieba ołów zobaczyłem pierwsze ptaki. Wylądowały jednak daleko, za daleko na pierwsze zdjęcia. Koguty zaczęły gulgotać. Ptaki, które wylądowały w dość znacznych odległościach od siebie zaczęły schodzić się na arenę. Koguty zaczęły czuszykać, ale do tej pory nie widziałem żadnych starć. Nagle dźwięki wzmocniły się. Każdy z samców zaczął odzywać się zdecydowanie głośniej i z większą częstotliwością. Zobaczyłem jak z trzepotem skrzydeł wylądowała samica i zrozumiałem, że to ona była sprawczynią takiego podniecenia kogutów. Ptaki zaczęły pojedynki. W ruch poszły skrzydła, dzioby i pazury. Samce często pozorowały ataki. Przypominało to trochę walkę bokserską, kiedy przeciwnicy szybko poruszają się na nogach markując ciosy i szukając szansy na wyprowadzenie ataku. Koguty wyczekiwały, aby w jednej chwili wyprowadzić celny cios dziobem i wyrwać przeciwnikowi pęk piór. Ptaki walczyły w powietrzu i na ziemi, dziobami i pazurami, zadając ciosy skrzydłami, a wszystko to po to, aby zmusić konkurenta do odwrotu i zająć się samicą, która była bardzo płochliwa i uspokajała się dopiero, gdy na arenie zostawały tylko nieliczne ptaki.  Przeciwnicy zmieniali się. Pojedyncze ptaki walczyły na przemian z kilkoma rywalami, ale nigdy nie dochodziło do potyczek w stylu „dwóch na jednego”. Za miesiąc na głowach ptaków będą widoczne łysiny po wydziobanych piórach. Samica wkrótce odleciała, nerwowo reagowała na taką ilość samców, ale tokowisko wcale nie zwolniło tempa. Zażarte pojedynki trwały nadal. Zobaczyłem pierwszych przegranych. Były to koguty, które nie podejmowały już walki, a po prostu uciekały przed najbardziej agresywnymi ptakami. W tle, nad lasem odezwał się jastrząb. Było prawie bezwietrznie i jego głos dało się słyszeć bardzo wyraźnie. Tokowisko ucichło. W jednej chwili koguty przestały oddawać się swojemu rytuałowi. Ptaki zaczęły wyraźnie nasłuchiwać i spoglądać w kierunku ściany lasu. Jastrząb odezwał się jeszcze raz, ale zdecydowanie dalej. Ptaki uspokoiły się i znowu usłyszałem gulgotanie. Tokowisko trwało jeszcze kilkanaście, może kilkadziesiąt minut, ale nie miało już takiej intensywności jak wcześniej. Spektakl zakończył pojedynczy samczyk, który czuszykał samotnie kilka minut, po czym odleciał w las.

Drugiego dnia wszystko się powtórzyło. Oprócz robienia zdjęć zacząłem filmować. Początki były trudne. Nie wiedziałem jak przełączyć D3s na tryb manualny w czasie filmowania i musiałem dzwonić do kumpla w kraju, który za godzinę oddzwonił z odpowiedzią. Tego dnia z Mateuszem zrobiliśmy pierwsze zdjęcia z backstagu. Swoją drogą mścił się właściwy brak zdjęć próbnych w kraju. Niestety nie zawsze jest czas na wszystko, szczególnie przy ogromie przygotowań czysto logistycznych związanych z wyjazdem na Spitsbergen. Kolejny dzień przyniósł mi niemiłą niespodziankę. Rankiem wzmógł się wiatr i temperatura podskoczyła o kilka stopni. Namiot z którego fotografowałem porwał wiatr i przetoczył po śniegu kilkaset metrów. Musiałem postawić go od nowa, a co najgorsze w nocy, w tym kopnym śniegu i na tempo tak, aby zdążyć na co najmniej godzinę przed świtem. Silny wiatr powodował, że sprzęt trząsł się jak osika. Pogoda była jednak wyśmienita do fotografowania. Przez niebo kolejno płynęły chmury, które ładnie rozpraszały światło. Niestety tego dnia w lesie zapanowała zupełna cisza. Nie słyszałem żadnego ptaka. Tokowisko było puste. Zacząłem myśleć o najgorszym, że jestem za wcześnie, że tokowisko dopiero się zaczyna i jest bardzo krótkie, a przy kiepskiej pogodzie ptaki w ogóle mogą nie przylecieć, a ja mam tylko kilka dni. Moje obawy okazały się słuszne. Ptaki tokowały tylko kilkadziesiąt minut i było ich 6. Za miesiąc w tym miejscu tokowisko będzie trwało od wschodu do zachodu słońca z krótką przerwą. Rok temu, w maju tokowało tutaj prawie 20 kogutów. Zostało mi tylko czekać z nadzieją na kolejne 3 dni. Później musiałem ruszyć do Tromso, aby zdążyć na samolot i dlatego nie miałem żadnych szans przełożenia zdjęć na następny tydzień.

Czwartego dnia spotkaliśmy miłego Szweda. Rolf opowiedział nam historię tego miejsca, rozmawialiśmy o ptakach. Zapytał się czy jesteśmy z TVP. Uśmialiśmy się troszkę, ale było miło. Niestety wnioski z rozmowy z Rolfem nie były zbyt optymistyczne. Oczywiście populacje kuraków fluktuują w czasie. Zmiany liczebności są naturalną rzeczą. Przeżywalność ptaków zależy od kilku czynników. Długość zimy i temperatury mogą poczynić znaczne straty szczególnie, gdy brak odpowiednio grubej pokrywy śnieżnej. Jeżeli w lesie jest wystarczająco dużo śniegu i nie było odwilży, której oznaką jest lodowa skorupa, to ptaki będą miały się dobrze. Noc i większość dnia poza czasem żerowania spędzą w śnieżnych ukryciach, które zapewnią im komfort termiczny i osłonę przed wzrokiem drapieżników. Kolejnym czynnikiem mającym decydujący wpływ na sukces rozrodczy są temperatury powietrza i opady w czasie okresu wychowu młodych, których podstawowym pożywieniem są larwy owadów. Rolf zapewnił nas, że jeszcze kilkanaście lat temu w tym miejscu, gdzie stoi nasz namiot-ukrycie tokowało 100-200 kogutów. Do dzisiaj nie jestem w stanie wyobrazić sobie takiej liczby tokujących ptaków. Zapytałem o presję myśliwską na ten gatunek. Okazało się, że polowania są możliwe, ale właściwie brak na nie amatorów. Szwedzi podchodzą bardzo praktycznie do myślistwa. Polowanie musi dostarczać dużo mięsa i skór, dlatego główne zainteresowanie myśliwych skupia się na łosiu. Rolf narzekał także na coraz większą populację lisa, który ma niewątpliwie duży lub bardzo duży wpływ na liczebność cietrzewi. Szwed trochę też się z nas pośmiał. Zdziwił się bardzo, że jesteśmy tak nieprzygotowani do warunków panujących w lesie. Chodziło oczywiście o narty, bez których miejscowi nie wyobrażają sobie wyjścia do lasu. Zapytaliśmy Rolfa czy w Szwecji używa się w ogóle rakiet śnieżnych. Oczywiście powiedział to, co już wiedzieliśmy, że cała Skandynawia preferuje narty i tylko narty. Okazało się także, że nasz rozmówca był na Alasce i próbował „wynalazków” w postaci rakiet śnieżnych, które jednak go nie przekonały. Co więcej, dowiedzieliśmy się, że  Amerykanie i Kanadyjczycy zaczynają doceniać te skandynawskie preferencje.  Niestety my nie wzięliśmy ani jednych ani drugich. Byliśmy uwięzieni w samochodzie, a poruszać mogliśmy się tylko po drogach.  Wejście w teren bez nart było po prostu fizycznie niemożliwe. Rolf opowiadał nam również o głuszcach i zaproponował zasiadki. Wymieniliśmy się wizytówkami. Może za rok w maju spotkamy się na kolejnych tokowiskach, tym bardziej, że tego dnia Mateusz widział swojego pierwszego głuszca, który zrobił na nim niesamowite wrażenie.

Czwarta zasiadka to dzień właściwie tylko filmowy. Używałem mikrofonu Rode SVM wypożyczonego mi przez Nikon Polska. Niestety byłem rozczarowany. Mikrofon owszem dobry, kierunkowy, ale jego zasięg pozwala chyba tylko na przeprowadzenie wywiadu. Pomimo tego, że mikrofon miałem założony na głowicę Wimberleya na dedykowanym ramieniu, tak aby był na wysokości osłon obiektywu i maksymalnie odsunięty od korpusu rejestr dźwięku był fatalny, a  właściwie można powiedzieć, że nie było go wcale. W samochodzie znalazłem 5 metrowy kabel na mini jacka i mogłem ustawić mikrofon przed namiotem. Kolejny dzień poświęciłem tylko na filmowanie. Udało mi się złapać kilka w miarę dobrych sekwencji, ale w kwestii dźwięku nie było poprawy. Jak na złość ptaków na tokowisku było coraz mniej. Samice już się nie pojawiały.

Ostatni dzień zdjęciowy zaczął się pięknym wschodem słońca. Od samego rana dostałem ostre światło, chyba nawet zbyt ostre. Ptaki tokowały prawie półtorej godziny. Pojawiły się trzy samice i tokowisko znowu nabrało rozpędu. Filmowałem i na przemian robiłem zdjęcia. To był ostatni dzień i zdawałem sobie sprawę, ze poprawek w tym roku już nie będzie. Tego dnia zaraz po odlocie ptaków zwinąłem sprzęt i popędziłem do samochodu. Mieliśmy do przejechania ponad 800 kilometrów, a dochodziły nas wiadomości, że z powodu wybuchu wulkanu na Islandii wiele państw, w tym Norwegia wstrzymało połączenia lotnicze. Dlatego każda godzina była na wagę złota…