Kierunek Hornsund

Obudziłem się w zasypanym śniegiem Hiluxie na parkingu klasztoru Sióstr Karmelitanek Bosych w Tromso. Zapaliłem samochód, włączyłem nawiewy i zacząłem powoli wychodzić ze śpiwora. Odsunąłem szybę i usłyszałem jak ktoś nas wita i proponuję kawę. Kobieta zapytała skąd jesteśmy i gdzie jedziemy. Nasza miła rozmówczyni jakby czytając w myślach powiedziała, żeby się nie martwić. Loty na północ i na zachód odbywają się z Tromso normalnie. Natychmiast ruszyliśmy  prosto na lotnisko. Hilux myszkował na asfalcie pokrytym lodem i błotem pośniegowym. Wczoraj mieliśmy dużo szczęścia. Dojechaliśmy do Tromso w piękną pogodę i bez najmniejszych problemów. Gdyby poprzedniego dnia spadł taki śnieg jak dzisiejszej nocy, to jechalibyśmy kilka „dobrych” godzin dłużej. I oczywiście nie widzielibyśmy tylu pięknych dziewczyn, które z premedytacją pytaliśmy o drogę już w samym Tromso. Niestety żadna z nich nie znała drogi do klasztoru i dotarcie na miejsce zajęło nam trochę czasu…

Lotnisko powitało nas tablicą odlotów na której z góry na dół widniało złowieszcze „canceled”. W pośpiechu poszukaliśmy rejsu do Longyearbyen, ale nie był jeszcze wyświetlony. Mateusz poszedł do informacji, a ja rozejrzałem się po lotnisku. Kilka grup turystów, w sumie może kilkadziesiąt osób, ale nikt nie wyglądał na „koczownika”. Może więc nie jest tak źle, jak się mogło wydawać czytając informacje w sieci i telefonując do Polski, do rodzin i znajomych. Mateusz wrócił z dobrymi nowinami. Loty na północ nie były odwołane i odlot do Longyearbyen miał odbyć się planowo o 22.30. Już na spokojnie wsiedliśmy do samochodu i wróciliśmy pod klasztor. Było tylko jedno ale – klasztor był żeński, a my chcieliśmy się odświeżyć. Aby nie stawiać samych siebie i sióstr w niezręcznej sytuacji postanowiliśmy doprowadzić się „do kultury” w lotniskowej łazience, zjeść śniadanie i przepakować się bezpośrednio na lotnisku. Przez następne kilka godzin kręciliśmy się po zaśnieżonym mieście, odśnieżyliśmy przyklasztorny parking, aby w końcu na trzy godziny przed odlotem znowu pojawić się na lotnisku i tym razem nadać bagaże. Jak się okazało mieliśmy po 7 kilogramów „nadbagażu” na głowę, za który jednak nie kazano nam zapłacić. Od razu polubiłem SAS, przynajmniej na tej linii nie robiono kłopotów. Zapytano nas tylko, czy w plecaku Ortlieba mamy sprzęt nurkowy. Obsłudze najprawdopodobniej chodziło o butle ze sprężonym powietrzem. Z lotniska pojechaliśmy prosto do klasztoru zostawić samochód i poprosić, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami o „opiekę” nad Hilem.

W czasie przejścia przez bramkę bezpieczeństwa Mateusza plecak powędrował do szczegółowej kontroli. Ochronie lotniska nie spodobały się klucze do statywu. Po krótkich wyjaśnieniach wszystko okazało się w porządku. Planowo, o 22.30 wsiedliśmy do 737. Na pokładzie „plecaczki” dały o sobie znać. Trekkery nie weszły do luku nad głowami i musieliśmy wyjąc z nich laptopy. Po załadowaniu bagażu podręcznego okazało się, że miejsca na bagaż dla trzeciej osoby już po prostu nie było. Zresztą i tak zapewnie przekroczyliśmy dopuszczalną ładowność półki nad naszymi głowami. W samolocie było więcej pasażerów niż się spodziewałem, ale zaskakująco mało turystów. Podkołowaliśmy na pas i wystartowaliśmy. Pogoda zdecydowanie się poprawiła i mogłem jeszcze spojrzeć na oświetlone i zasypane śniegiem Tromso.

Obudziłem się po jakiejś godzinie lotu. Goniliśmy słońce. Z minuty na minutę blada poświata stawała się coraz jaśniejsza. Zaczęliśmy schodzić z pułapu i po raz pierwszy zobaczyłem Svalbard. Arktyka powitała mnie widokiem zamarzniętych fiordów, lodem, który na morzu układał się w faliste pasma i górami pokrytymi śniegiem. Lądowanie przebiegło gładko i w przeciągu 10 minut znaleźliśmy się na hali lotniska.

Do miasta dojechaliśmy autobusem podstawionym pod lotnisko. Królik, jeden z Polaków pracujących w Longyearbyen, tym razem jako kierowca autobusu zrobił nam przysługę i „wyrzucił” pod „Domkiem Trapera”. Domek jak wiele innych w mieście niczym szczególnie się nie wyróżniał. „Najbliższa okolica” właściwie wszystkich zabudowań w Longyearbyen, z wyjątkiem siedziby Gubernatora to magazyn „pod chmurką” wszelkich, różnego autoramentu rzeczy potrzebnych i mniej potrzebnych, począwszy od skuterów śnieżnych, nart, desek, rowerów po inne niezidentyfikowane żelastwo. Nasz domek też wyposażony był raczej standardowo w salon z kozą i stołem, łazienkę z kibelkiem, kuchnię i „spanie” na poddaszu, generalnie ciepło i przyjemnie.

W chałupce powitał nas Rafał. Maszer pracuje jako przewodnik i jeździ zaprzęgami na biegun. Opowiadał o swojej pracy. W tym roku miał szczególnie ciężko. Z powodu wysokich temperatur wszystko rozmarzało, wpadł do wody, wyciągał zaprzęg, musiał zastrzelić psa. Ale były też miłe chwile. Za swoja pracę dostał od Rosjan suwenir, z którego był szczególnie dumny. Prezent to wielki gwoźdź zakręcony w supeł i wbity w biały marmur z napisem NORTH POLE. Podobno w Rosji mówi się, że łatwiej jest zawiązać taki „supełek”  na ćwieku niż dotrzeć na biegun.

Kolejny dzień zaczęliśmy od wizyty w biurze Gubernatora. Wylegitymowaliśmy się naszymi ubezpieczaniami i dostaliśmy „Niebieską Karteczkę”, która oznaczała, ze możemy działać na Svalbardzie legalnie. Niestety wkrótce zaczęły się problemy. Na stację mieliśmy dostać się śmigłowcem razem z grupą z IOPAN. Jednak grupa z powodu wybuchu wulkanu na Islandii i chmury pyłu wulkanicznego, który dotarł nad Europę, co w konsekwencji sparaliżowało ruch lotniczy nie mogła wydostać się z Trójmiasta. Postanowiliśmy poczekać na rozwój wypadków, zresztą i tak na razie nie mieliśmy żadnej alternatywy na dotarcie do stacji.

Następnego dnia dostaliśmy kolejną serię niepomyślnych wiadomości. Gubernator zawiesił loty śmigłowców ze względu na możliwość wykorzystania ich w ewentualnej akcji ratowniczej dla samolotów latających nad archipelagiem. W Polsce sytuacja się nie zmieniła i loty dalej były zawieszone. Jednak po południu nasza sytuacja zmieniła się radykalnie. Dostaliśmy informację ze stacji, że grupa zimowników, która miała wracać śmigłowcem, zdecydowała się na przejazd skuterami do Longyearbyen. Zostaliśmy też poproszeni o pomoc w zaopatrzeniu bazy w świeże owoce, warzywa i kawałek wieloryba. Zimownicy czasami miewają również zachcianki! Wiedzieliśmy, że cześć skuterów, którymi przyjedzie grupa trzeba będzie odstawić na stację i właśnie w taki sposób otworzyła się nam droga do Hornsundu. Niedługo po tej pomyślnej dla nas wiadomości zadzwonił Królik z propozycją od Gubernatora. Sysselmann zaoferował pomoc i zaproponował rejs okrętem Coast Guard, który właśnie wypływał do Norwegii. Po drodze jednostka mogłaby zawinąć do fiordu i wyekspediować nas na stację. Jeszcze raz okazało się, że współpraca pomiędzy Polakami a Norwegami to czysta przyjemność, zaufanie i wzajemna pomoc. Podziękowaliśmy, i chociaż rejs jednostką wojskową byłby na pewno ciekawy, to wobec naszych wcześniejszych zobowiązań musieliśmy odmówić.

Tego dnia spotkaliśmy Michała „zdjętego” z próby pieszego przejścia pętli Longyearbyen-Hornsund-Longyearbyen. Niestety doznał kontuzji kolana i nie mógł dalej iść z zespołem. Wieczorem wszyscy spotkaliśmy się w knajpie. Testowałem wysokie czułości w D3s i nie tylko! Wieczór kontynuowaliśmy w mniejszym gronie w „Domku Trapera”.

Nazajutrz zrobiliśmy obiecane zakupy na stację. Na ekipę z Hornsundu czekaliśmy bardzo długo. Mieli wyruszyć wczesnym rankiem, jednak wyjazd się opóźnił. Wreszcie, późnym popołudniem grupa ze stacji dotarła do miasta. Dostaliśmy dwa skutery z saniami, broń, GPS`y i zaczęliśmy się pakować. Około 22.00 byliśmy gotowi do przejechania prawie 200 kilometrowego odcinka po lodowcach i zamarzniętych fiordach w kierunku Hornsundu. Odespałem szwedzkie tokowisko, załatwiliśmy formalności i przede wszystkim udało się szczęśliwie zorganizować transport na stację. Cieszyłem się, że nie lecimy śmigłowcem. Byłem spragniony nowych wrażeń, a przede wszystkim działania w terenie.

Longyearbyen pożegnało nas piękną, mroźną pogodą i „ostatnim” zachodem słońca. Pomimo wspomnianych śladów po skuterach i GPS`a z trackami nawigacja w terenie nie była prosta i „udało” się nam zboczyć z trasy. Wieczorem temperatura spadła w okolice – 15 stopni. Przy takich warunkach i jeździe ze średnią prędkością 50-60 km na godzinę temperatura odczuwalna była jednak o wiele niższa. Obawiałem się szczególnie o swoje kolana, które wielokrotnie wcześniej przy niskich temperaturach i zasiadkach lub podchodach dawały mi we znaki z powodu zimna. Tym razem jechałem jednak w kurtce puchowej YETI z serii Pro i spodniach puchowych. Ubiór sprawdził się znakomicie. Nie krępował ruchów i był bardzo ciepły, dlatego nie potrzebowałem nawet bielizny termicznej. Jedynie pod kask zakładałem kominiarkę Mammuta, a całości dopełniały buty Sorel Glacier. Po przejechaniu około 40 kilometrów zrobiliśmy pierwszy postój. Sprawdziliśmy olej i dolaliśmy benzyny. Przed wyjazdem z miasta nie zdążyliśmy uzupełnić paliwa w bakach. Oczywiście mieliśmy ze sobą dość duży zapas, bo ponad 160 litrów benzyny w kanistrach, więc mogliśmy pozwolić sobie na taki „manewr”. Pokonywaliśmy kolejne kilometry tak, aby nie zatrzymywać się niepotrzebnie na zamarzniętych fiordach z oczywistych przyczyn. To dobra praktyka przy załadowanych skuterach z przyczepkami. Przyroda jest nieprzewidywalna i może sprawić niemiłą niespodziankę. Ostatni postój i uzupełnienie paliwa zrobiliśmy 40 kilometrów przed Hornsundem na przełęczy pomiędzy lodowcem Penck`a a Amudsenisen Plato. W czasie postoju zabrałem aparat i zszedłem kilkaset metrów w dół stoku. Gdy wróciłem po jakiś 30 minutach zastałem zaniepokojonego Mateusza. Poprosił mnie, abym zawsze zabierał ze sobą broń. Jeszcze w połowie ubiegłego wieku sądzono, że niedźwiedzie polarne nie zapuszczają się tak głęboko w głąb lądu. Było tak jednak do czasu, aż jeden z badaczy został wyciągnięty z namiotu przez miśka i zabity. Okazuje się, że niedźwiedzie dryfujące na lodzie w poszukiwaniu fok znoszone są najpierw na południe przez prąd Sorkap (prąd południowospitsbergeński) i dalej, teraz z kolei na północ wzdłuż zachodnich wybrzeży przez Golfstrom. W pewnym momencie wysiadają z takiego „tramwaju – kry” i idą z powrotem do Storfiordu, który razem z wyspą Edgeoya jest jednym z ich mateczników. Niektóre zwierzęta idą wybrzeżem, inne skracają sobie drogę przez lodowce i przełęcze głęboko w głębi lądu. Po kilkunastu kilometrach na lodowcu Hansa zobaczyliśmy pierwsze tropy niedźwiedzi (matki z młodym) potwierdzające te słowa. Przejeżdżając przez Amudsenisen Plato byliśmy świadkami mirażu. Dwie warstwy powietrza o różnych temperaturach stykały się ze sobą na wysokości około 1,5 metra tworząc wyraźną granicę, która „deformowała” góry widoczne na horyzoncie

W końcu, po 7 godzinach podroży dotarliśmy na Polską Stację Polarną im. Stanisława Siedleckiego w Hornsundzie. Spotkaliśmy się z życzliwym przyjęciem i znowu „wpadliśmy” prosto na imprezę. Tym razem na stacji razem z ekipą świętowaliśmy ostatni dzień zimowania. Po 21 kwietnia słońce już podobno „nie zachodzi” , przynajmniej dla zimowników…