Noc pod Rotjesfjellet

Ruszyliśmy skuterami pod Rotjesfjellet z zamiarem przenocowania w namiocie i zasiadki na niedźwiedzia lub innych padlinożerców, zarówno lądowych jak i skrzydlatych. Rozbiliśmy namiot na plaży, przy małej zatoce osłoniętej szkierami na której leżało sporo powyrzucanego przez fale drewna dryftowego. Namiot ustabilzowaliśmy pomiędzy dwoma skuterami i przyczepką. Wybrałem to miejsce z jeszcze jednego powodu. Był to najwęższy przesmyk

pomiędzy morzem a pasmem górskim. Mieliśmy stamtąd doskonały widok zarówno na brzeg morza pokryty lodowym pakiem jaki i na ląd, gdzie żadna morena nie zasłaniała widoku aż do samych zboczy. Było rzeczą wręcz niemożliwą abyśmy nie zauważyli przechodzącego niedźwiedzia. Nad szkierami osłaniającymi naszą małą zatoczkę krążyły mewy blade, które podobierane w pary pilnowały przyszłych miejsc lęgowych. Na paku lodowym wyłożyliśmy przynętę – lisa polarnego, który został zagryziony przez psy, gdy nieopatrznie zbliżył się do zabudowań stacji. Każdy z nas wyruszył na mały rekonesans. Nasłuchiwałem lisów polarnych, ale te oszczekiwały się tylko sporadycznie. Wiedziałem, że są na zboczach, ale nie miałem żadnych szans zobaczyć ich na tle brunatno-białej mozaiki śniegu i skał. Kilka śnieguł latało wokół małych moren w poszukiwaniu odsłoniętej tundry. Na morzu, w dużej odległości pływało stado edredonów, które co jakiś czas odzywało się jękliwie i zupełnie „nie ptasio” Mieliśmy piękną pogodę. Pomimo kilkunastostopniowego mrozu świecące słońce dawało poczucie ciepła. Jednak gdy gwiazda schowała się za Rotjesfjellet i szczyt rzucił na nas swój cień temperatura odczuwalna wyraźnie spadła. Nasze zmęczenie po całym dniu też dało o sobie znać. Zrobiło się zimno i z przyjemnością weszliśmy do namiotu przygotować sobie kolację z przeterminowanych, tak ze dwa lata, wegetariańskich liofilizatów, które doprawiliśmy „świnką” z puszki. Po posiłku weszliśmy do śpiworów. Zdecydowaliśmy, że nie będziemy dyżurować. Mieliśmy tylko „czujnie” spać. Z perspektywy czasu uważam decyzję za błędną. Moim zdaniem o wiele lepszym i bezpieczniejszym rozwiązaniem jest ustalenie dyżurów. Po pierwsze niedźwiedź nie podejdzie niezauważony do namiotu, a po drugie taki „czujny” sen jest jednak wyczerpujący. Przed snem załadowaliśmy i zabezpieczyliśmy broń. W nocy obudził nas skrzypiący śnieg. Bardzo cicho założyliśmy buty i z bronią gotową do strzału bardzo wolno, wzajemnie się ubezpieczając wyszliśmy na zewnątrz. To tylko znajome stadko ciekawskich reniferów przyszło przyjrzeć się z bliska żółtej czaszy namiotu. W nocy budziłem się jeszcze kilka razy. Wstałem około 6 wziąłem broń i poszedłem na spacer. Lisy polarne zaczęły się na dobre oszczekiwać. Jeden z nich kręcił się przy naszym namiocie. Nie był jednak zainteresowany resztkami konserw. Również śnieguły, zwane tutaj „polarnymi skowronkami” tego ranka były jakby bardziej żywe i zaczęły intensywniej śpiewać.

Śnieguły to jedyne śpiewaki na Svalbardzie. Te małe ptaki przybywają na Spitsbergen bardzo wcześnie, bo już pod koniec marca. Lecą z północnej Rosji, znad Morza Kaspijskiego i z Kazachstanu. Pierwsze przylatują samczyki, a kilka tygodni później samiczki. Gdy pogoda jest niesprzyjająca potrafią, podobnie jak pardwy kopać jamki w śniegu i tam przeczekać najmroźniejsze dni. Samczyki walcząc o terytoria przepędzają się wzajemnie. Czasami pojedynkują się trzy samce, każdy z każdym. W maju najczęściej widuje się już ptaki podobierane w pary, jak żerują na odsłoniętych skrawkach tundry. Samica buduje gniazdo, które jest dobrze ukryte pod skałami. Z reguły znosi 5-6 jaj i wysiaduje około dwóch tygodni. Po następnych dwóch tygodniach młode opuszczają gniazdo. Głównymi wrogami młodych jak i dorosłych ptaków są oczywiście mewy, wydrzyki i lisy polane.

Około południa zapakowaliśmy sprzęt i wyruszyliśmy w kierunku Hytteviki. Wyjazd traktowaliśmy jako rekonesans, a w głównej mierze jako sprawdzenie dojazdu do husu. W drodze powrotnej natknęliśmy się na świeże tropy niedźwiedzia. Tropiłem go kilkaset metrów, ale miś najprawdopodobniej wszedł na pak lodowy i leżał gdzieś na krze. W pojedynkę nie zdecydowałem się na dalsze śledzenie drapieżnika. Odpuściłem. Przed przybyciem na stację podjechaliśmy jeszcze do stałego punktu wycieczki, czyli pod kolonię alczyków.

Niestety następne dni stały pod znakiem ołowianego nieba, niskich chmur i porywistych wiatrów. Właściwie cały czas siedzieliśmy w bazie nie licząc wieczornych wyjść na Wilczka. Zrobiłem pojedyncze zdjęcia edredonów i mew. Po kilku dniach w końcu się wypogodziło. Niestety znowu od samego rana dostałem lampę. Na niebie nie było ani jednej chmury, która mogłaby rozproszyć światło. Za to na morzu było całkiem spokojnie, prawie flauta. Wiatr rozpędził lodowy pak w zatoce. Mateusz zdecydował, że pora zajrzeć do Banachówki i wyprowadzić ponton. Owo zajrzenie do budynku to oczywiście otworzenie drzwi, ale także stalowych, potężnych wrót przez które może wjechać PTS, czyli gąsienicowy transporter pływający produkcji rosyjskiej. Stacja posiada dwa takie rosyjskie wynalazki, z których jeden garażowany jest pod chmurką, a drugi wraz z pontonami stoi właśnie w Banachówce. Odkucie i otworzenie bramy zajęło nam sporo czasu. Łopaty, kilofy a nawet sprzęt do naciągania gąsienic w PTS-ie przydał się w walce z lodem. W końcu udało się otworzyć bramę bez jej uszkodzenia i wyprowadzić ponton. Jutro będziemy pływać!