Nalot na Arie

Z okna naszego pokoju na stacji mieliśmy doskonały widok  na stok Arie, który był miejscem gniazdowania jednej z największych kolonii alczyków na Spitsbergenie. Codziennie nasłuchiwałem odgłosów, które świadczyłyby o tym , że ZACZĘŁO SIĘ. I rzeczywiście kilka dni po przyjeździe na stację usłyszałem ptaki. Tego samego dnia wybraliśmy się z Mateuszem pod kolonię. Na stokiem latały jednak tylko pierwsze forpoczty, a ja czekałem na tysiące ptaków.

Pierwsze podejście pod stok zrobiłem bardzo powoli i ostrożnie. Pod cienką warstwą śniegu był lód i trzeba było bardzo uważać, aby nie „wywinąć orła”. Takie nieprzyjemne lądowanie zdarzyło mi się kilka dni później na zupełnie płaskim terenie. Szedłem wtedy dosyć wolno niosąc przed sobą ciężki zestaw razem ze statywem, a przez plecy miałem przewieszoną broń. To był moment. Upadłem jakby podcięty niewidzialną siłą. Na szczęście dla optyki poleciałem na plecy upadając na broń. Kurtka puchowa zamortyzowała upadek. Niestety baskila IŻA troszkę na tym ucierpiała…

Pod Arie zobaczyłam pierwszy raz z bliska latające pingwinki, bo takie skojarzenia nasuwały się  same w czasie obserwacji alczyków. Pierwszego dnia nie wchodziłem wysoko na zbocze. Cieszyłem oko krajobrazem jaki się przede mną roztaczał. W dole, za kilkoma morenami leżała Stacja i zatoka Białego Niedźwiedzia zabita lodowym pakiem. Z lewej lodowiec Hansa nacierał swoim, wysokim na 40 metrów czołem. Po drugiej stronie fiordu ciągnęły się górskie pasma. Hornsund wydawał się rajem, a ja miałem tu spędzić najbliższe dwa miesiące. Po kilkudziesięciu minutach wśród głosów kolonii bez trudu wyłowiłem charakterystyczny „twardy terkot” pardwy. Obejrzałem teren skąd dobiegł głos, ale nie zauważyłem ptaka. Dał o sobie znać brak małej poręcznej lornetki typu 8×32, którą można schować do kieszeni, a której nie wziąłem na wyprawę. Po chwili samiec odezwał się jeszcze raz. Teraz udało mi się go zlokalizować, a to dzięki temu, że siedział na skale i zajmował się toaletą. Zacząłem ostrożnie podchodzić ptaka. Podejście było raczej standardowe, podchód, zatrzymanie i seria zdjęć do momentu, aż uznałem, że odległość jest „właściwa” i można oddać inicjatywę modelowi . Ptak po kilku minutach zerwał się i przeleciał na stok.  Autofocus w D3s z 600VR po raz kolejny spisywał się doskonale. Na szybko, w moim odczuciu, oczywiście bez wymyślnych testów, które wykazałyby różnice statystycznie istotne, wydaje mi się, że nowa 600VR pracuje lepiej od swojej poprzedniczki 600/4 AFS II. Jeżeli natomiast chodzi o jakość obrazu uzyskiwanego z nowego obiektywu, to poprawa jest zdecydowana. 600VR zdecydowanie lepiej współpracuje z telekonwerterami i mój TC 1.7 „wrócił” do łask. Nie można też nie powiedzieć o komforcie pracy jaki daje ogromy bufor i DR w D3s. Chwalę tutaj sprzęt, ale muszę bo spisywał się rewelacyjnie. Oczywiście była wpadka z kartami, ale na szczęście skończyła się szczęśliwie.

Przez kilka dni miałem dobrą pogodę. Może nie do fotografowania, ale z perspektywy czasu muszę o niej tak mówić. Od samego rana, a dokładniej od godziny, kiedy się budziłem była totalna LAMPA. Ostre słońce i śnieg powodowały, że właściwie bez okularów nie mogłem normalnie funkcjonować. Pomimo takiej pogody przed południem wyszedłem pod Arie na alczyki. Jeszcze 2 dni temu było słychać tylko pojedyncze stada liczące po kilkadziesiąt sztuk. Teraz ptaków przybyło i to znacznie, delikatnie szacując było ich kilka tysięcy. Latały we wszystkich kierunkach. Stada lecące w dół zbocza zataczały powietrzne kręgi prawie nad fiordem, by po chwili ze swym chichotem powrócić nad stok. Chmury ptaków mieszały się ze sobą, ale wydawało się, że poszczególne osobniki doskonale orientowały się i rozpoznawały swoje stadko nie gubiąc się w tym tłoku. Alczyki przelatywały tak nisko nad moją głową, że miałem obawy, czy jakiś ptaszor nie wejdzie ze mną na kurs kolizyjny i nie będzie chciał się przekonać kto komu pierwszy zejdzie z drogi. Alczyki pięknie “gadały”. Ich śpiew przypomina drwiący śmiech, dla lubiących horrory – szatański chichot. Niektóre stada siedziały na zboczu, gdzie dochodziło do małych przepychanek. Ptaki wyraźnie czuły nadchodzący okres lęgowy. Na śniegu widać było pojedynkujące się zawzięcie ptaszki. Złączone w uścisku skrzydeł i dziobów małe pingwinki staczały się po stoku kilka metrów w dół.  A wszystko to o najlepsze miejsce na norkę pod skałami, na których jeszcze wtedy leżał śnieg i lód.

Następnego dnia ponownie fotografowałem na stoku. Tym razem wszedłem wyżej i zrobiło się niebezpiecznie. Szedłem w górę zbocza pokrytego śniegiem z gdzieniegdzie odsłoniętymi kamieniami. Cześć z nich niestety nie spajał już lód. Dlatego w czasie podejścia kilka sporych skalnych odłamków poleciało w dół. Po kilkudziesięciu minutach fotografowania kolonii alczyków zacząłem schodzić w dół. Zejście zaczęło przypominać loterię, dlatego zszedłem do parteru i najprościej mówiąc walczyłem dalej na czworakach, mając środek ciężkości jak najniżej. W końcu wydostałem się na małe wypłaszczenie, gdzie mogłem spokojnie odpocząć i nacieszyć się widokiem. Upajałem się ptakami, ich śpiewem i lotami.
W pewnym momencie zauważyłem pomiędzy morenami żółtawy punkt. Założyłem okulary przeciwsłoneczne i zobaczyłem dokładniej niedźwiedzia idącego w kierunku Fugla. Był w odległości około 500 metrów od miejsca w którym się znajdowałem. Zwierzę zataczało łuk i najwyraźniej szło w kierunku lodowca Hansa obchodząc Stację od strony lądu. Warunki lodowe na wyjściu z fiordu w przeciągu dwóch dni dość znacznie się zmieniły. Wiatr dochodzący w porywach do 26 metrów na sekundę skutecznie rozgonił pak lodowy, resztę dokończyły fale. Najprawdopodobniej dlatego zwierzę było dość daleko od brzegu i omijało tradycyjną promenadę niedźwiedzi. Gdy niedźwiedź był w jednej linii pomiędzy mną a  Stacją nagle zawrócił. Być może wszedł na świeży ślad mojego skutera, albo po prostu, porzucił swój plan szybkiego przejścia wokół zatoki. Zwierzę skierowało się wprost na zabudowania. Postanowiłem zawiadomić przez krótkofalówkę bazę, że będziemy mieli niebezpiecznego gościa. Mniej więcej w tym samym momencie miś skręcił i zaczął obchodzić stację od północy kierując się na Przylądek Wilczka. Skontaktowałem się z Mateuszem i poinformowałem go o sytuacji. Ustaliliśmy, że zjadę do stacji i na niego poczekam. Nie chcąc jednak tracić kontaktu ze zwierzęciem zostawiam szykującego się kumpla i pojechałem w kierunku przylądka. Niestety stało się to czego się obawiałem, straciłem niedźwiedzia z oczu. Objechałem delikatnie przylądek od strony wschodniej, ale tam też go nie było. Zacząłem zawracać i dużym łukiem omijając wybrzeże pojechałem w kierunku wyjścia z fiordu. Znalazłem go! Niedźwiedź leżał na lodzie kilkaset metrów od Wilczka. Zauważył mnie. Postanowiłem bardzo powoli zbliżyć się, tak aby skrócić dystans fotografowania, ale w odległości 200-250 metrów miś wstał i zaczął powoli iść wzdłuż wybrzeża chowając się za przylepę.  Wyraźnie chciał uniknąć spotkania. Cofnąłem się trochę dalej wgłąb wybrzeża za następną morenę i tam zostawiłem skuter, tak aby możliwie jak najmniej niepokoić zwierzę. Efekt został osiągnięty i niedźwiedź zawrócił w kierunku Wilczka. Wypakowałem sprzęt i poszedłem w kierunku przylądka. Ze względu na cienki lód zwierzę musiało przejść wzdłuż brzegu zaraz za wałem i lodową przylepą. Ponownie straciłem go z oczu, ale dalej szedłem w tym samym kierunku. Nasze drogi musiały się gdzieś przeciąć. Nadjechał Mateusz, któremu dałem znaki, gdzie powinien być niedźwiedź. Na przylądku starałem się zachowywać bardzo ostrożnie. Obszedłem małą morenę, tak abym nie wpadł na mogącego nagle zza niej wyjść misia. Dokładnie tak jak przypuszczałem, w odległości zaledwie 40 metrów drapieżnik wyszedł zza moreny przecinając przylądek. Zrobiłem pierwszą serię zdjęć. Oczywiście niedźwiedź mnie zauważył, ale twardo szedł w kierunku zatoki. Postanawiałem zostawić statyw i iść równolegle ze zwierzęciem wzdłuż brzegu. Niedźwiedź zszedł na lód na zatoce. Żeby nadarzyć za kolosem musiałem biec w ciężkich Sorelach z 600-tą i z dubeltówka na plecach. Podbiegałem tak około 100 metrów, kładłem się, wykonywałem kilka serii z ręki i znowu przebiegałem kolejny odcinek. W końcu zająłem ostateczne stanowisko przy Banachówce i fotografowałem miśka idącego po łamiącym się pod jego ciężarem lodzie. W pobliżu Baranowskiego drapieżnik wskoczył na lodową przylepę i wyszedł na ląd. Dalej niespiesznym krokiem poszedł w stroną Hansa. Wstałem i cofając się po swoich śladach zabrałem zdjęty po drodze telekonwerter i statyw. Po chwili dołączył do mnie Mateusz, który przez lornetkę obserwował brzeg. Nigdzie jednak nie zauważył zwierzęcia. Najprawdopodobniej niedźwiedź położył się gdzieś za moreną. Tak czy inaczej postanowiłem dać miśkowi od siebie odpocząć. Wróciłem na stację…