Pościg

- Chłopaki, niedźwiedź! Chcecie fotografować?

Lubię być tak budzony! Wyskakuję z łóżka i w minutę jestem gotowy. Jeszcze tylko sprzęt, broń i biegnę. Rafał trochę mnie uspokaja. Mówi, że misiek leży na krze przed Banachówką, a pilnuje go Lola – czyli jeden ze stacyjnych psów grenlandzkich. Ok!Teraz już trochę wolniej i ostrożniej kieruję się w stronę wybrzeża. Była lekka odwilż i cześć śniegu pokryta jest lodem.  Obchodzę przystań od strony lodowca, tak aby przeciąć drogę niedźwiedziowi, gdy ten postanowi ruszyć. Delikatnie wychylam się zza budynku i chwilę nie widzę zwierzęcia. Dopiero po kilku sekundach zauważam czarny nos i oczy. Misiek leży na krze zwrócony w naszym kierunku. Lola kręci się przy brzegu. I tutaj zrobiliśmy błąd! Za bardzo wyszliśmy zza budynku i pies nas zobaczył! Reakcja była natychmiastowa i prawdopodobnie wywołana instynktem, który każe psu traktować nas jako swoją sforę. Lola doskoczyła do niedźwiedzia. Zaczęło się harcowanie wokół drapieżnika. Pies pozorował ataki na miśka, który z kolei nie pozostawał mu dłużny, ale starał się za wszelka cenę wycofać. Wszystko działo się w ułamkach sekund. Nie miałem czasu nawet poprawić przysłony, gdy musiałem nacisnąć spust. Combo złożone z D3s + 600VR zareagowało natychmiastowo, na czas i bezbłędnie, tak jak ma być! Pierwsze zdjęcie, które zrobiłem to skok niedźwiedzia z kry na krę! Wyciągnięty jak struna misiek pokonał ponad trzy metrową odległość. Niestety zrobiłem drugi błąd! Postanawiałem nie schodzić bliżej na przylepę nad brzeg, tylko założyć telekonwerter. Niestety straciłem cenne kilkadziesiąt sekund. Lola w tym czasie dalej nękała drapieżnika. Niedźwiedź był tak zaniepokojony, że wskoczył do wody i odpłynął w kierunku Hansa, a ja straciłem te ujęcia. To był naprawdę upojny ranek!

Godzinę później ludzie na stacji zaczęli mówić coś o niedźwiedziu. Normalnie takie słowa mnie elektryzują. Tym razem podszedłem do tego obojętnie , ale w końcu już prawie wszyscy gadali o miśku. Okazało się, ze pojawił się drugi osobnik. Ten jednak pędził mając na uwadze tylko średnią prędkość i kurs. Zdążyłem jeszcze wyskoczyć i zrobić tzw. „ass shoty”.  Misiek pięknie zapozował i pokazał stopę. Śledziłem go jeszcze jak kieruje się na Baranowskiego. Podjąłem szybką decyzję, że pojadę przeciąć mu drogę przed lodowcem. Starałem się namówić na całą akcję Mateusza. Niestety kolega stwierdził, że szanse są minimalne i szkoda „zachodu”. Może i tak, ja jednak byłem tu pierwszy raz i nie miałem doświadczenia. Wiedziałem jednak, że fotografia przyrodnicza czasami rządzi się przypadkiem, a los nagradza upartych i wytrwałych. Zabrałem cały szpej do którego dołożyłem raki i wsiadłem na skuter. Po 15 minutach byłem na miejscu. Pod Hansem nic się nie działo, żadnego ruchu. Założyłem raki i poszedłem na Baranowkiego. Chciałem otropić zwierzę, ale tak, aby nie zaskoczyć miśka. Wiedziałem, że większość ataków niedźwiedzi jest sprowokowana przez człowieka. Teren był trudny. Półwysep nie był duży ale pofałdowany. Musiałem iść bardzo ostrożnie. Omijałem pagórki i ostrożnie wchodziłem w doliny. Nie mogłem zaskoczyć niedźwiedzia, albo wejść mu prosto w łapska jak będzie zjeżdżał z pagórka, jak to mają w zwyczaju. Dubeltówki nie przewiesiłem przez ramię, tylko niosłem ją przed sobą załadowaną i zabezpieczoną. Czułem się trochę jak na polowaniu z podchodu z tą jednak różnicą, że to ja mogłem być zwierzyną. Zupełnie inaczej działa się w dwójkowym zespole, ale trzeba mieć do tego chętnego partnera. Jest wtedy dużo pewniej i spokojniej. Cóż nie pierwszy i na pewno nie ostatni działałem sam. Na początku sprawdziłem zbocza, a dopiero później wszedłem na wzniesienie i rozejrzałem się w kierunku lądu i fiordu. Sprawdziłem tak cały półwysep. Niestety moje poszukiwania okazały się daremne. Musiałem wracać na stację. Pechowo moja mała Yamaha odmówiła posłuszeństwa.  Przez krótkofalówkę wezwałem bazę i poprosiłem o ściągnięcie. Po południu pojechałem sprawdzić tropy. Moje wcześniejsze poszukiwania musiały skończyć się fiaskiem. Niedźwiedź wszedł do wody jeszcze przed końcem cypla i najprawdopodobniej popłynął przez zatokę na Oceanografera i podążył dalej w kierunku Gnala.

Tak jak przewidział to Mateusz, mój „pościg” za niedźwiedziem nie przyniósł spodziewanych rezultatów. Ale za kilkanaście dni następna taka decyzja miała przynieść wyśmienite rezultaty. Będę bowiem świadkiem polowania niedźwiedzia na młodą fokę!!!

Tego dnia zeszliśmy pierwszy raz na wodę. Na Zodiaku i z Szymonem jako sternikiem opłynęliśmy fiord. Pod Gnalem widziałem niewielkie ilości mew, trochę edredonów, nieliczne nurzyki i pojedyncze maskonury. Na Brepollen zobaczyliśmy niedźwiedzia. Niestety był daleko. Obserwowaliśmy jak baraszkował, był wyraźnie zadowolony. W pobliżu miśka dostrzegliśmy krwawe plamy, które świadczyły o udanym polowaniu na fokę. Niestety z tej odległości nie mogliśmy ocenić czy ślady były świeże. Do bazy wróciliśmy na dużej fali. Zodiak dzielnie pokonywał nieprzyjazny fiord, a my ubrani w kombinezony Hansena mieliśmy jeden problem – marzły nam stopy i dłonie zalewane co chwila wodą. Niestety kombinezony maja kilka mankamentów. Jednym z nich jest brak na rękawach fartucha, który nie pozwalałby na wlewanie się wody do rękawiczek . Druga sprawa to buty – zwyczajne kalosze – w których niemiłosiernie się marznie pomimo dwóch wełnianych skarpet.

Tego dnia „zaliczyłem” swoje pierwsze pływanie pontonem na Hornsundzie, ale tutaj miałem już pewne motorowodne doświadczenia. Zdecydowanie największe wrażenie zrobił na mnie Gnal. To wspaniała góra, która swoim pięknem i surowym „obliczem” przyciąga i elektryzuje. Jak się wkrótce okaże, to tutaj spędzę swoje najważniejsze „fotograficzne” dni na całej wyprawie.