Crystal Cave

W piątek przy kiepskiej pogodzie zeszliśmy do dziury, do lodowej jaskini Cristal Cave u podnóża Tuvy. Po kilkunastu latach ponownie zakładam uprząż. Tym razem była trochę za mała, ale na szczęście nie w pasie. W tym momencie chciałbym bardzo podziękować Szymonowi za opiekę. Musiałem przypomnieć sobie podstawy,  a wiele rzeczy było dla mnie nowością i sam nie poradziłbym sobie ze wszystkim. Jeszcze raz wielkie dzięki za okazaną pomoc i wyrozumiałość.

Wejście do jaskini zabudowane było małym igloo. Ta mała śnieżna budowla pozwalała na zabezpieczenie wejścia przed opadami i pozwala szybko zorientować się w terenie.  Do wnętrza Krystalki prowadził długi tunel o średnicy około 90 cm i długości 15 metrów na końcu którego znajdowała się spora komora. To tutaj ze względu na panujące warunki można było zaobserwować najpiękniejsze formy lodowe pokrywające ściany jaskini – gigantycznych rozmiarów kryształki lodu, które narastały jeden na drugim tworząc misterną strukturę pokrywającą ściany komory. Kolejny tunel zaczynał się zaciskiem. Właściwie trudno to przewężenie nazwać zaciskiem ale skutecznie, przynajmniej na chwilę podniosło mi adrenalinę w wyniku czego zostawiałem swój GoreTex i dalej poszedłem w samym polarze. Zastanawiałem się co w takim razie będzie dalej, ale nie mogłem pozwolić sobie na okazanie słabości. W końcu pierwszy raz byłem w jaskini i musiałem wiedzieć czy mam pewną przypadłość czy nie. Ale dalej było już tylko kilka metrów poręczówek i 3 zjazdy. Kolejne komory były większe, ale ze względu na wyższą temperaturę nie było w nich tak spektakularnych form jak te, które widziałem przy wejściu. Ania z Szymonem, czyli moi przewodnicy w podziemnym świecie robili pomiary do modelu 3D jaskini i likwidowali poręczówki. Zbliżała się wiosna i jaskinia zacieśniała się. W niedługim czasie zostanie zalana przez wodę.  Niestety Mateusz nie wziął żadnego body ani obiektywu. Tym większa szkoda, że dysponował 150-ką macro Sigmy. Dlatego nie udało mi się sfotografować przepięknych lodowych detali. Za to mój sprzęt spisywał się znakomicie. D3s, 16-35VR i SB 800 nie były oszczędzane. Wielokrotnie zestaw, a zwłaszcza sabina zjechała po lodzie zaliczając „glebę”. System w warunkach dużej wilgotności działał bez zarzutu. Ani razu nie było problemów ze stykami w sankach czy na połączeniu korpusu z obiektywem.

Następnego dnia zeszliśmy na wodzę. Po raz pierwszy na paku lodowym zaobserwowaliśmy foki. Mateusz spróbował podpłynąć do brodatej, ale niekorzystnym kursem. Niestety, gdy byliśmy około 6-7 metrów od zwierzęcia zrobiłem za szybki ruch ręką. Właściwie była to próba złapania równowagi w opiętym na mnie kombinezonie Hansena. Rękaw kombinezonu przejechał po burcie pontonu dość głośno „szeleszcząc”. Zaniepokojona foka uciekła do wody, a ja straciłem szansę sportretowania zwierzęcia. Jak się później okazało była to najlepsza okazja w ciągu trwania całej wyprawy na sfotografowanie foki. Niestety raczej zmarnowana. Płynąc dalej na kolejnych krach ponownie widzieliśmy foki. Niestety płoszyły się  szybko z dystansu 200-300 metrów.