Białogłowy GNÅLODDEN

Słyszę, jak opierając się wiatrom białogłowy Gnal daje koncert na tysiąc mew. Widzę, jak przebiegły niedźwiedź poluje na foki…

 

Tego dnia jak zwykle wstaliśmy około południa. Krótkie spojrzenie przez szparkę okna dawało ocenę „porannej” sytuacji. Wieje pewnie około 10 metrów i w dodatku pada śnieg. Krótkie westchnięcie oznacza, że nie bardzo chce się wyjść na dwór, ale bardzo się chce, więc wyjść trzeba. Siusiu, ząbki, herbatka z termosu, kostka czekolady i znów jestem w ciepłym śpiworze. Patrzę na małe okno traperskiej chaty, które z minuty na minutę jest coraz mniejsze, zasypywane przez nawiewany śnieg. Powoli zasypiam. Budzę się kilka razy. W husie jest ciemno. Okienko całe zasypane. Jest cicho, to oznaka, że wiatr trochę zelżał.

- Niedźwiedź! -

- Słyszę, słyszę. Jest na dachu! Wącha przez komin!

Po chwili „niuchanie” ustało i misiek niespiesznie zszedł z dachu husu pod Gnalem. Przez te kilka sekund słysząc oddech i kroki niedźwiedzia zastanawiałem się czy dach jest dostatecznie mocny, czy wytrzyma ciężar. Na kolejne rozważania, co by było, gdyby misiek wpadł do środka nie marnowałem czasu, wskoczyłem w buty i popędziłem do drzwi. Przez judasza jednak nic nie zobaczyłem. Już z naładowaną dubeltówką w rękach odryglowałem drzwi i wyszedłem na zewnątrz. Najpierw bardzo ostrożnie sprawdziłem boki i dach. Było pusto, tylko wiatr jak zwykle zawodził i postarał się, aby zimno szybciej do mnie dotarło. Cofnąłem się po D3s z 300VR i poczekałem na kolegę. Poszliśmy w kierunku małej zatoczki i po jakiś 300 metrach zauważyłem niedźwiedzia. Szedł w kierunku Burgerbukty. Krzyknąłem do Mateusza, że możemy go dogonić, i tym razem ruszyliśmy już razem. Wydawało się, że niedźwiedź szedł wolno, ale były to tylko pozory. Aby dotrzymać mu kroku musieliśmy biec. Było ślisko i groziła nam nieprzyjemna wywrotka na lodzie i co gorsza ze sprzętem.

Wybiegłem na lodową przylepę  nad małą zatoczką pod Gnalem. Niedźwiedź był już na lodzie. Zmniejszyliśmy dystans, ale tempo drapieżnika było za szybkie i musieliśmy odpuścić. Wiatr się zmienił i zaczął wiać w naszą stronę. Zrobiłem pierwsze zdjęcia oddalającego się miśka. Zaczęło padać. W strugach zacinającego deszczu dalsze fotografowanie było niemożliwe. Cała przednia soczewka 300-ki ociekała wodą. Ratowała mnie tylko chusteczka higieniczna, którą mogłem wytrzeć  na chwilę  szkło. Mateusz zaczął się wycofywać w kierunku naszego husu. Ja zostałem na szkierze rozpaczliwie walcząc z padającym prawie poziomo deszczem i próbując robić zdjęcia. Niedźwiedź jednak nie chciał wejść na przylepę ani do morza. Ku mojemu zdumieniu kręcił się na paku i co jakiś czas wkładał łeb do wody wyraźnie czegoś szukając. Nagle jednym błyskawicznym ruchem drapieżnik wyrzucił ciemny, obły kształt na lód. Teraz dopiero zrozumiałem, że byłem świadkiem polowania na fokę. Niedźwiedź otrzepał się i zaczął wlec zdobycz w kierunku stałego lądu.  Na przylepie wytarzał się w śniegu. Niestety dysponowałem tylko trzystoma milimetrami na pełnej klatce. W tym momencie zawołałem Mateusza i biegiem ruszyliśmy do husu po długie zestawy. Wróciliśmy w to samo miejsce po około 15 minutach. Niedźwiedź na paku lodowym pożerał fokę. Postanowiłem go podejść, ale bardzo delikatnie, tak aby z dużej odległości zobaczył intruzów.  Zgodnie z planem drapieżnik zauważył nas dość wcześnie ale zaczął się niepokoić. Odszedł od foki na brzeg paku i stał bujając się na krze, jakby nie mógł się zdecydować co zrobić. Głód powstrzymywał go przed ucieczką, z drugiej strony wyraźnie unikał konfrontacji. Kilka dni wcześniej widzieliśmy poranionego osobnika, z dość dużą, ale niezbyt głęboką raną.  Zatrzymałem się w odległości kilkudziesięciu metrów od martwej foki i czekałem na jego ruch. Zwierzę  wyraźnie szukało wiatru, który dalej wiał w naszą stronę. Chyba właśnie brak odwiatru zdecydował, że nie zdecydował się na ucieczkę. Niedźwiedź zaczął obchodzić mnie bokiem od strony fiordu i stopniowo zmniejszał dystans. Przeszedł obok mnie w odległości zaledwie kilkunastu metrów i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że byłem za blisko.  Usłyszałem warczenie i spod uniesionych fafli dostrzegłem potężne zęby. Gdyby ruszył moje szanse na wyjście cało z tej sytuacji, pomimo nabitej broni leżącej obok statywu najprawdopodobniej były bliskie zeru. Nie miałem jednak wyjścia i czekałem na kolejny ruch niedźwiedzia, który dalej próbował złapać w nozdrza mój zapach niesiony wiatrem. Zwierzę zaczęło się oddalać, zataczając ogromne koło po lodowym paku, tak aby znaleźć się od nawietrznej. Postanowiłem nie zmieniać pozycji i poczekać, aż wyjedzie za moimi plecami i złapie wiatr. Szkiery były w odległości 50 metrów, więc nie powinien był mnie zaskoczyć. Po kilku minutach drapieżnik rzeczywiście pojawił się na szkierze wyraźnie łapiąc wiatr. Po krótkiej chwili zszedł na przylepę i skierował się w przerwę pomiędzy nami a zboczem Gnala. Dystans ponownie niebezpiecznie się zmniejszył do kilkunastu metrów. Drapieżnik zatrzymał się, jakby wahając się którędy pójść. Krzyknąłem do kolegi, że musimy delikatnie się wycofać w stronę morza, tak aby zrobić mu bezpieczne przejście. Niedźwiedź także się cofnął i ponownie wszedł między szkiery. Wydawał się jednak już bardziej spokojny. Bardzo wolno poszedłem za nim  i teraz ja zająłem pozycję na skałach.

Zwierzę było kilkaset metrów przede mną i szło w górę w kierunku Gnala. Straciłem go z oczu i nie mogłem przewidzieć jego dalszych posunięć. Po kilku minutach ujrzałem jeden z najpiękniejszych obrazów przyrody jakie było mi dane zobaczyć. Drapieżnik zjeżdzał z góry od strony Gnala w dół na przylepę. Najpierw jechał na klacie, później przekręcił się na bok, na plecy, aby w końcu zatrzymać się i usiąść. Był spokojny i wydawał się wyraźnie zadowolony. To wszystko wyglądało niesamowicie. Cały ślizg miał ponad 100 metrów. Niedźwiedź wstał i spokojnie skierował się w stronę foki, zupełnie się nami nie interesując . Dojadł resztki, poświęcił chwilę na toaletę wylizując łapy i pysk, a później ruszył w kierunku Burgerbukty. Wtedy dopiero zobaczyłem, że brzuch miśka wyrażenie opadł i zrobił się z niego całkiem spory sak na fokę. Wyglądał prześmiesznie.

Już spokojnie poszliśmy na miejsce posiłku niedźwiedzia. Najprawdopodobniej zdobyczą była młoda foka obrączkowana. Mewy blade rozpoczęły ucztę rywalizując ze sobą o lepsze kąski. Otropiłem miejsce polowania. Okazało się, że niedźwiedź złowił fokę na paku lodowym, który pękając utworzył szczeliny. Przeciągnął zdobycz za pysk na brzeg, gdzie jak widzieliśmy wyturlał się w śniegu. Gdy my biegliśmy do husu po sprzęt niedźwiedź wlokąc fokę zaczął iść pod strome zbocze Gnala. Po kilkuset metrach ostrego podejścia (szacuję na jakieś 30 stopni) zrobił pętle i wrócił ponownie na pak. Myślę, że to zachowanie wynikało z doświadczenia drapieżnika, który wielokrotnie w przeszłości musiał być odpędzany od zdobyczy przez większe i starsze osobniki. Niedźwiedź najprawdopodobniej chciał rozejrzeć się po okolicy i sprawdzić czy na paku nie ma potencjalnych konkurentów.

Po kilku godzinach zjawiły się pierwsze lisy polarne. Obserwowałem co najmniej trzy osobniki. Podchodziły do resztek foki i obgryzały szkielet. Zawsze jednak samotnie, nigdy razem. Dość szybko przyzwyczaiły się do mojej obecności i mogłem je fotografować z kilku metrów, wręcz na granicy ostrzenia obiektywu. Jeden z lisów węsząc poszedł tropem niedźwiedzia pod strome zbocze.  Piesiec miał wyraźne problemy na stromym zboczu. Co raz to wpadał w ogromne dziury po łapach, aż w końcu przewrócił się i poleciał kilka metrów w dół.  Zbocze było naprawdę strome. Lisy kręciły się wokół mnie łapiąc wiatr. Były jednak na tyle ufne, że mogłem delikatnie zmieniać pozycję nie płosząc ich. To jest esencja fotografii, kiedy zwierzę traktuje fotografa z zaciekawieniem i akceptuje jego bliską obecność. Wtedy właśnie czuję się częścią przyrody. Jestem z nią związany niewidzialnymi nićmi, które pozwalają mi nie czuć się tylko intruzem.