6 dni pod Gnalem

… Sześć dni wcześniej pogoda na tyle się poprawiła, że mogliśmy myśleć o przepłynięciu pod Gnala. Zaplanowaliśmy pozostać tam kilka dni więc zapakowaliśmy właściwie wszystko. Dwa plecaki sprzętu, trzy skrzynie peli, beczka jedzenia, 3 worki ubrań, dwa worki opału, telefon satelitarny, radio, agregat. Jeszcze trochę i okazałoby się, że mamy za mały ponton. Oczywiście wypłynęliśmy w czasie odpływu. Mateusz zdecydował się wywieźć sprzęt pod Baranowskiego, gdzie jak uważał są najlepsze warunki na wodowanie pontonu. Niestety najpierw nastąpiła decyzja i jej wykonanie, a później objazd i sprawdzenie jak sprawy wyglądają w rzeczywistości. I tak mieliśmy śmieszną sytuację. Ponton zwodowaliśmy na Wilczku kilkaset metrów na zachód, a szpej został na Baranowskim czyli kilkaset metrów na wschód od Banachówki. Czasami proste sprawy trzeba sobie utrudniać. To jest tak zwana Groza Polarna. Na szczęście drobne perturbacje były tylko na początku i później bez najmniejszych problemów dopłynęliśmy pod Gnala, który jak zawsze powitał nas śpiewem mew. Wyciągnęliśmy ponton na brzeg. Mateusz niepokoił się o nasz środek transportu. W końcu miał już do czynienia z „latającą odmianą” pontonu. Jeszcze dwa razy poprawialiśmy mocowanie, aby w końcu użyć znalezionych w husie metalowych kotw, które wbiliśmy w lód i do nich dowiązaliśmy cumy. Zanieśliśmy nasz sprzęt do husu, napaliliśmy w kozie i zajęliśmy się przeterminowaną żywnością. Swoje zapasy, jak to jest w dobrym zwyczaju, zostawiliśmy dla następnych mieszkańców husu.

Po kilku godzinach i tak naprawdę nie wiem czy za dnia, czy nocą ruszyliśmy na mały rekonesans. Po zamarzniętej Burderbukcie podchodziliśmy do fok. Absolutnie nie byliśmy przygotowani do zasiadki, nie mieliśmy namiotu ani parawanu, nie mówiąc już o całej reszcie szpeju niezbędnego na kilkugodzinne czatowanie. Podejście potraktowałem na  sportowo jako zaprawę. Oczywiście foki spłoszyły się z dystansu kilkuset metrów. Tego dnia wyłożyliśmy przy pontonie jako przynętę mały kawałek foczej skóry z nadzieją na lisy, mewy blade i wydrzyki olbrzymie. Później przyszedł czas na padłego pieśca.

Pod Gnalem panował ogromy ruch. Lądowały gęsi krótkodziobe i bernikle białolice. Na skalnych ścianach miejsca na gniazda były już pozajmowane przez mewy trójpalczaste, których stada nieprzerwanie krążyły nad fiordem. Nurzyków polarnych było jeszcze mało, ale wkrótce i one zajmą ostanie wolne miejsca na skalnych półkach. Pod zboczem na odsłoniętej tundrze żerowały śnieguły. Tego dnia pojawiły się pod husem pierwsze lisy polarne.

Trzeciego dnia odwiedził nas pierwszy niedźwiedź. Zauważył go Mateusz siedzący pod oknem. Chwyciłem sprzęt i pobiegłem do drzwi. Przez mały wizjer zrobiłem kilka zdjęć. Zwierzę było poranione. Zauważyłem rozerwaną skórę na policzku i dość duży 15-20 centymetrowy płat skóry zwisający powyżej stawu łokciowego. Najprawdopodobniej obrażenia powstały w czasie potyczki z innym osobnikiem. Rany wyglądały na dość duże, ale w rzeczywistości nie były poważne. Gdy niedźwiedź nieznacznie oddalił się wyszedłem z husa. Niestety miś był dosyć nerwowy i po zauważeniu mnie zaczął uciekać. Nie był to ten niedźwiedź na którego czekałem!

Dzień a może noc minęła na fotografowaniu mew. Jedna z trójpalczatek była ranna i nie mogąc latach chodziła po wybrzeżu ciągnąc za sobą opadłe skrzydło. Momentalnie zjawiły się mewy blade. Zaczęły się nawoływać po czym przystąpiły do ataku. Małej mewie udało się wydostać na wodę. Jej szanse były jednak znikome. Larusy przystąpiły do definitywnego natarcia. Potężna mewa dosiadła na wodzie rannego ptaka i skręciła – dosłownie – kark  trójpalczatce. Larus wyniósł zabitą mewę na pak, gdzie czekał drugi osobnik z pary. Ptaki wspólnie rozerwały nieżywą mewę i zaczęły ucztę.

Kolejne dni przy kiepskiej pogodzie spędzaliśmy oczywiście na fotografowaniu i spaniu w husie. Dzień zlewał się z nocą, a pogoda była nieprzewidywalna. Właściwie przesypialiśmy cały dzień, a wychodziliśmy tylko nad ranem i w nocy. Pogoda zaczęła się na dobre psuć. Fiord się rozhuśtał i przy takim falowaniu nikt przy zdrowych zmysłach nie wypłynąłby w morze na Zodiaku. Postanowiliśmy wracać do bazy jak tylko warunki na to pozwolą. Na szczęście zaczęła się zlewa i zgodnie z przewidywaniami Mateusza deszcz zmniejszył falowanie na fiordzie. Mogliśmy wracać. Niestety pomimo planów przypłynięcia pod Gnala na kolejne kilka dni, był to pierwszy i ostatni mój pobyt w tym niezwykłym miejscu.

Husy to stare traperskie chaty. Są rozciągnięte wzdłuż całego wybrzeża w miejscach newralgicznych, takich jak wąskie przesmyki czy pasaże zwierząt, które były znane od dziesięcioleci. Typowy hus ma dwie lub trzy izby. Ten pod Gnlem miał przedsionek z wewnętrznym ryglem do drzwi w którym był mały wizjer. Druga izba to właściwie składzik na szpej. Właśnie tutaj trzymaliśmy swoje kombinezony, skrzynie ze sprzętem i plecaki. Trzecie pomieszczenie to kuchnia, salon i sypialnia w jednym, czyli stół, koza, dwie koje, zapas drewna i trochę jedzenia. Gdy rozpalałem w kozie, a ciepło rozchodziło się po izbie było całkiem przytulnie i miło. Niestety ciepła wystarczało tylko na kilkadziesiąt minut, a my musieliśmy oszczędzać opał. Jednak w takich miejscach życie nabiera smaku. Zmienia się perspektywa i można dostrzec rzeczy naprawdę ważne, o których z reguły się zapomina, albo zwyczajnie nie ma czasu o nich pomyśleć.