W pogoni za ptakami

Pod Gnalem zobaczyłem jak toczy się życie w surowej, lodowej krainie, jak przyroda rozdaje karty.  To jedno z tych miejsc do których wraca się myślami. Zamykam oczy i widzę obrazy tak głęboko i na trwałe wyryte w pamięci, że nigdy ich już nie zapomnę. Dlatego z żalem opuściłem mały hus pod tą wyjątkową górą. Mam tylko nadzieję, że kiedyś tam wrócę.

Powrót do stacji przebiegł planowo i bez większych problemów. Spakowaliśmy się bardzo szybko i sprawnie.  W husie starym zwyczajem zostawiliśmy wodę w garze, zapas opału i uzupełniliśmy zapasy żywności. Silnik w pontonie sprawił trochę figli i gasł na wolnych obrotach przy przebijaniu się przez  pak. Na małej fali popłynęliśmy w kierunku stacji. Dobiliśmy do brzegu pod Wilczkiem, gdzie powiadomiona wcześniej przez radio podjęła nas ekipa zimowników.

Kolejnego dnia zająłem się przede wszystkim  serwisem sprzętu i wykonaniem kopii zapasowych materiału zdjęciowego.  Dopiero później, już na spokojnie serwisowi poddałem się sam.  W jednym i w drugim przypadku wszystko zostało doprowadzone do kultury, czyli stanu wyjściowego i zostało użyte jeszcze tego samego dnia na wybrzeżu.

Następnego dnia, korzystając z poprawy pogody zeszliśmy na wodę. Zapowiadał się piękny „zachód”, a fiord był spokojny. Mieliśmy flautę. Wypłynęliśmy w kierunku Hytteviki sprawdzić warunki lodowe. Pomiędzy napływającym do fiordu pakiem lodowym a wybrzeżem  żerowały tysiące alczyków. Przed płynącym pontonem wzbijały się chmury ptaków. Ptaki zataczały kręgi i ponownie siadały na wodzie. Niektórzy maruderzy lub nawet całe mniejsze stadka tylko nurkowały, by po chwili znów pojawić się na powierzchni. Na krach przysiadywały pojedyncze mewy blade i siodłate. Po kilkudziesięciu minutach dopłynęliśmy do celu naszej wyprawy. W pobliżu husu lodu było coraz więcej, ale istniała możliwość przybicia do brzegu i wyładowania ekwipunku. Niewiadomą było jednak, czy następnego dnia pak nie zalepi szczelnie całego wybrzeża. W takim przypadku moglibyśmy tylko czekać na wiatr, który rozpędzi lód lub zostawić ponton i wracać do bazy pieszo. W tej sytuacji zrezygnowaliśmy z próby dostania się drogą morską do Hytteviki. Korzystając z wyśmienitej pogody podjęliśmy próbę przebicia się do małych wysp położonych na północny zachód od husu, na których najprawdopodobniej kręcił zdjęcia Włodzimierz Puchalski („Wyspa piór i puchu” 1959). Niestety po kilkuset metrach lawirowania w paku musieliśmy się wycofać. Lodu było za dużo.

Pogoda na Spitsbergenie jest bardzo zmienna, a prognozy mogą się zupełnie nie sprawdzać przez szereg tygodni. Kolejny dzień nie rozpieszczał mnie fotograficznie i właściwie do końca wyjazdu z Hornsundu przez większość dni i nocy pogoda była fatalna. Jednak bez względu na pogodę postawiłem za wszelką cenę być w terenie. Na rezultaty nie musiałem czekać zbyt długo. Na plaży pojawiły się pierwsze biegusy morskie.

Kolejne dni mijały mi na krążeniu pomiędzy wybrzeżem, przylądkiem Wilczka a zboczami Arie i doliną Revdallen. Na wybrzeżu pomiędzy biegusami wypatrywałem kamuszników. Niestety w trakcie trwania całej wyprawy widziałem tylko dwie sztuki, które zresztą były bardzo płochliwe. Pojawiły się pierwsze gęsi krótkodziobe i bernikle. Wydrzyki ostrosterne zaczęły nękać mewy trójpalczaste.

Pod zboczem Arie w trakcie fotografowania reniferów usłyszałem samca pardwy górskiej. Jego ochrypłego głosu nie można z niczym pomylić. Zacząłem czesać zbocze, ale niestety nie miałem lornetki i do tego celu musiałem użyć obiektywu. Pomimo tego, że ze zbocza częściowo śnieg już zszedł, albo został pozwiewany nie mogłem namierzyć kuraka. Kogut o tej porze roku jest cały biały z wyjątkiem czerwonych róż nad okiem. W takiej mozaice skał i plam śniegu miałem minimalne  szanse. I znowu wytrwałość została nagrodzona, a może po raz kolejny miałem to swoje szczęście. Ptak odezwał się i przeleciał kilkadziesiąt metrów równolegle do zbocza tak, że mogłem zauważyć go gołym okiem. Bez chwil namysłu ruszyłem pod zbocze, tak aby zmniejszyć dystans i móc obserwować ptaka bez przyrządów, gdy ten wyląduje. Początkowo droga była dość łatwa jednak już po 200 metrach okazało się, że robi się stromo i niebezpiecznie. To perspektywa z oddalonej od podnóża Arie moreny nie pozwoliła mi właściwie ocenić nachylenia stoku. Oczywiście mówiąc o jakimś niebezpieczeństwie miałem na myśli ewentualną wywrotkę ze sprzętem i zjazd w dół, który dla mnie mógł się skończyć na siniakach, jednak dla sprzętu byłby raczej opłakany w skutkach. Gdy podchodziłem ptaka, kogut również się przemieszczał. Wspinał się coraz wyżej w kierunku dużej połaci śniegu otoczonej piarżyskiem. Ostatnie kilkadziesiąt metrów było nieco łatwiejsze z racji braku śniegu. Jednak i tutaj ryzyko było dosyć duże, ponieważ kilka dni temu zaczęła się odwilż. Lód który wiązał skały wytopił się i teraz piarżysko zaczynało być ruchome. W końcu zrównałem się z ptakiem i mogłem go spokojnie obserwować z odległości około 30 metrów. Zacząłem zmniejszać odległość delikatnie podchodząc trawersem. Samiec pardwy czuł się bardzo bezpiecznie i dopuścił mnie na około 10 metrów. Zacząłem fotografować. Najpierw delikatnie pojedyncze klatki, aby przyzwyczaić ptaka do migawki. Po dobrej chwili bez żadnego wyraźnego powodu ptak odleciał w dół zbocza odzywając się swoim ochrypłym głosem. Straciłem go z oczu. Po kilku minutach znowu usłyszałem koguta. Ptak przeleciał wzdłuż zbocza i wylądował. Obserwowałem jak zaczął się wspinać w moim kierunku, co jakiś czas śpiewając swą ochrypłą piosenkę. Wtedy dopiero zobaczyłem powód jego zachowania. Na piarżysku, kilkanaście metrów ode mnie siedziała samica. Kura miała idealnie dopasowane upierzenie do terenu w jakim się znajdowała. Jej kamuflaż był doskonały. Samiec dołączył do kury pusząc się niczym paw. Nie zrobiło to chyba jednak wrażenia na zaspanej partnerce. Adorator usiadł nieopodal na skałach i zaczął toaletę. Po kilku minutach samica wstała i zaczęła żerować schodząc w dół zbocza. Oczywiście samczyk podążył za nią. Kura była bardzo spokojna, gdy jednak ptak musiał przejść przez płat śniegu czynił to bardzo pośpiesznie i nerwowo. Było to oczywiste. Skalny kamuflaż zupełnie nie sprawdzał się na śniegu na którym ptaka było doskonale widać z dużej odległości. Para pardw spokojnie odeszła, a ja zebrałem się do powrotnej drogi. Okazało się, że podejście było zdecydowanie łatwiejsze niż zejście, ale tak to już zwykle bywa…