Atak zimy

Niebo spowite ołowianymi chmurami, wiatr i zacinający śnieg to typowa pogoda pod koniec mojego pobytu na Hornsundzie. Ta pozorna monotonia przerywana była co kilkadziesiąt godzin małym przebłyskiem słońca. Pomimo takiej fotograficznie „nieciekawej” scenerii w powietrzu i na lądzie panował wzmożony ruch. Bernikle podobierane w pary przepędzały inne ptaki, broniąc najlepszych miejscówek na szkierach. Nie przeszkadzał im w tym porywisty wiatr i opady śniegu. Coraz częściej ptaki korzystały z roztopowych jeziorek na lądzie. Również tam dało się zauważyć gęsią zapalczywość. Bojowo nastawione samce rywalizowały o samice. Odbywał się pokaz siły i determinacji.  Nad jednym z takich jeziorek wielokrotnie kładłem się na ziemi w oczekiwaniu na bernikle. Po kilku minutach upodabniałem się do szkieru przyprószonego śniegiem. Dodatkowym atutem była mała widoczność. Dlatego, zwykle po krótkim czasie mogłem oczekiwać hałaśliwych gości z powietrza wodujących na płytkiej wodzie. Takie warunki pozwalały na w miarę swobodne operowanie zestawem nie powodującym spłoszenia ptaków, które tylko utrzymywały stały dystans od „ruchomego szkieru”.

Starałem się być w terenie możliwie najdłużej i bez względu na panujące warunki. Zawsze uważałem,  że przy lichej pogodzie jest większa szansa na zaobserwowanie jakiejś ciekawej sytuacji i wielokrotnie tego doświadczyłem. W czasie silnych wiatrów nawet renifery trzymały się z dala od brzegu. Stada koncentrowały się między morenami szukając chociaż minimalnej osłony od wiatru. W czasie takiej pogody renifery nie wykazywały swojej naturalnej ciekawość i chęci przyjrzenia się człowiekowi. Osobniki kładły się na śniegu w niewielkich odległościach od siebie i z przymrużonymi oczami oddawały się najważniejszej czynność w ich życiu – przeżuwaniu zjedzonej wcześniej tundry. O tej porze roku starsze osobniki miały już ładnie wyrośnięte nowe poroże pokryte delikatnym scypułem, kiedy młodsze i słabsze nie zrzuciły jeszcze prawie śnieżnobiałych zeszłorocznych oręży. Zazwyczaj nie widywałem większych oznak agresji między osobnikami. Najczęściej dochodziło do drobnych przepychanek spowodowanych pobudliwością seksualną byczków. Miałem jednak okazję zobaczyć rena w trochę niecodziennej sytuacji. Pewnego, co warte odnotowania słonecznego dnia, schodząc z moreny do małej dolinki zauważyłem lisa polarnego. Miał już całkowicie letnią sierść i zachowywał się dość nietypowo. Siedział wpatrzony w horyzont w kierunku wyjścia z fiordu. Nie węszył, nie rozglądał się tylko siedział bez ruchu. Najprawdopodobniej w momencie w którym zobaczyłem liska zauważył go również jeden z byków z przechodzącego doliną stada. Renifer z wyraźnym zaciekawieniem zbliżył się do lisa, który nagle poruszył się. Upadł na bok, a jego ciałem zaczęły wstrząsać drgawki. Były tak silne, że wywróciły zwierze na plecy. Po chwili ustały, a piesiec podniósł się i próbował odejść. Po kilku nieudanych próbach kończących się powłóczeniem tylnymi łapami znowu usiadł. W tym czasie renifer zmniejszył dystans i zaczął obwąchiwać ostrożnie liska, który ponownie próbował się podnieść. W pewnym momencie byk fuknął, by po chwili zaatakować. W ruch poszły kopyta i piesiec został kilka razy dość mocno uderzony tak, że przeleciał kilkadziesiąt centymetrów w powietrzu. Renifer w końcu odpuścił choremu zwierzakowi, a ja podszedłem do niego bliżej. Pies ledwo siedział bujając się na łapach. Miał zniszczoną, pozlepianą sierść i przymknięte oczy. Nie próbował już wstać i pójść dalej. Siedział i popatrzył na mnie przekrwionymi, chorymi oczyma. Nie mogłem go tak zostawić …

Poruszałem się wzdłuż wybrzeża od zatoki do doliny Revdallen. Lód puścił już kilka tygodni temu i na brzegu została tylko przylepa, która zaczynała być teraz drążona przez wodę spływającą z lądu. W czasie odpływu mogłem zejść niżej i iść wąskim kamienistym brzegiem, niekiedy bardzo gęsto przykrytym kobiercem glonów. Na wybrzeżu stałymi gośćmi były biegusy morskie. Miałem okazję już fotografować te ptaki, ale nie w takiej scenerii. Żerujące i odpoczywające biegusy na kamienistej mozaice były prawie nie do zauważenia. Z reguły najpierw na nie wchodziłem, a dopiero później dostrzegałem. Te małe ptaszyska są jednymi z najtwardszych zawodników wśród siewek. Nie zimują tak daleko na zachód i na południe jak ich pobratymcy. Svalbardzka populacja w większości zimę spędza na północnym wybrzeżu Norwegii.

Pogoda w końcu się „ustaliła” i przyszła zamieć śnieżna. Próbowałem zrobić zdjęcia alczyków w czasie opadów śniegu. Niestety nie udało się. Ptaki przeleciały nad fiord i usiadły na wodzie. Na lądzie pozostały tylko pochowane gęsi i para wydrzyków ostrosternych. Ciekawe, że nawet przy takiej pogodzie słychać było śpiewające samczyki śnieguł, co dobitnie świadczyło o rychłym nadejściu wiosny.

Pogoda na Hornsundzie zmieniała się jak w kalejdoskopie. Jeszcze wczoraj mieliśmy taką zadymkę, ze ciężko było oddychać, a dzisiaj zaświeciło słońce. Po dwudniowych opadach pozostało niewiele śniegu. Wszystko zostało zwiane przez silny wiatr. Oczywiście znowu wyszedłem w teren. Wszystko rozmarzało, a na ladzie tworzyły się całkiem spore jeziorka i rzeki niosące wodę z roztopów do fiordu. W takich warunkach marsz był bardzo utrudniony ze względu na ciężki śnieg i pękający pod nim lód. Czyhała tez na mnie mała „zasadzka” pod moreną. Kiedy schodziłem w dół zbocza spodziewałem się grubej warstwy śniegu, ale nie aż takiej. Wpadłem do pasa w śnieg. Po kilku minutach udało mi się wydostać z tej „pułapki”, ale niestety aby wyjść musiałem zdjąć buty. Na szczęście były to kalosze Aigla i zeszły z nóg bez większych problemów. Po następnych kilku minutach dokopałem się do butów.

Kolejny dzień to jedno z ostatnich wypłynięć pontonem wgłąb fiordu. Na Brepollen podpływaliśmy do dużych stad nurzyków polarnych. Ptaki siedziały na krach i na zamarzniętej części fiordu. Były raczej spokojne i mogliśmy obserwować je z niewielkiej odległości. Zdarzało się, że kilka ptaków wyraźnie się nami interesowało podpływając bliżej i nurkując dopiero kilka metrów od pontonu. Piękna pogoda nie trwała długo i już wieczorem zaczęło sypać i wiać. Tej nocy ponownie próbowałem bez rezultatu zrobić zdjęcia alczykom. Za to znajoma para wydrzyków ostrosternych pięknie mi zapozowała. Po raz kolejny z powodzeniem wykorzystałem rękaw/osłonę na obiektyw i aparat, bez którego fotografowanie w takich warunkach chyba nie byłoby możliwe ze względu na padający mokry śnieg, który oblepiał momentalnie zestaw, zamarzał na przyciskach, pokrętłach i wizjerze.