Daleka droga do domu …

To były ostatnie godziny na stacji. Poszedłem nad brzeg pomyśleć jak się tutaj właściwie znalazłem. Spitsbergen zawsze się gdzieś przewijał. A to ktoś ze znajomych płynął w rejs, a to ktoś uczestniczył w badaniach. Archipelag był w moich planach, ale nie w tym roku, nawet nie w latach następnych. Jak zwykle zdecydował przypadek. Teraz po dwumiesięcznym pobycie odpływałem z tego miejsca. Z jednej strony cieszyłem się na myśl o powrocie do domu i do bliskich. Z drugiej strony miałem ogromy niedosyt. To jedno z tych miejsc, które wciągają człowieka, zapadają mu w pamięć i nie dają spokoju.

Jestem wdzięczny bardzo wielu osobom za chwile spędzone w Arktyce. Chciałbym podziękować swojej rodzinie, mojemu współtowarzyszowi, ludziom z Hornsundu i Longyearbyen, sponsorom wyprawy i wszystkim tym, którzy nam kibicowali.

Wypłynęliśmy z zatoki Białego Niedźwiedzia w kierunku Prins Karls Forlandet. Wszystko szło sprawnie i zgodnie z planem do momentu, kiedy zaczął się pak lodowy. Tego obawialiśmy się najbardziej. Na szczęście morze było spokojne i Eltanin dość łatwo manewrował wymijając płynący lód. Jednak z godziny na godzinę sytuacja lodowa pogarszała się. Pak gęstniał i coraz trudniej było znaleźć wolne od lodu przesmyki, które wyprowadziłyby nas na pełne morze. Szukając przejścia znacznie nadkładaliśmy drogi. Stalowy kadłub Eltanina co chwila ocierał się o lód zostawiając czerwone ślady po zdartej z kadłuba farbie. Bosakami przepychaliśmy kry, aby choć trochę ulżyć kadłubowi. Kapitan musiał łamać lód wykorzystując pełną moc silnika. Cofał jednostkę, nabierał rozpędu i nacierał z impetem. Kadłub jachtu podnosił się i przechylał łamiąc pod sobą kry. To była mordercza noc dla poszycia jednostki. Nie potrafię powiedzieć, czy groziło nam utknięcie w lodach. Kapitan jachtu zachowywał zimną krew i dopiero później powiedział, że jeszcze nigdy nie przebijał się przez tak gęsty pak.

CDN