PQ-18 odpiera kolejny nalot …

Na Isbjørnhamnie pojawił się czerwony jacht. Przypłyniecie Eltanina jednoznacznie oznaczało początek końca mojego pobytu na Spitsbergenie. Zacząłem się pakować. Ujęcia, które miałem w głowie, a których nie udało mi się zrobić muszą poczekać do „natępnej razy”. Nim jednak ruszyliśmy w drogę powrotną Zwierzak – kapitan jachtu zaproponował rejs na Kapp Borthen oddalony o około 40 kilometrów na północ od Hornsundu.

14 września 1942 roku na przylądku lądował awaryjnie Junkers Ju88 A-4. Maszyna doznała usterek technicznych po ataku na konwój PQ-18 (w wyniku ataków lotniczych i podwodnych Alianci stracili w sumie 13 jednostek) płynący do Archangielska. Nie dotarłem do informacji czy wspomniane wyżej usterki były wynikiem działań wzmocnionej obrony przeciwlotniczej po przykrych doświadczeniach z PQ-17. Ju88 służył w pułku bombowym KG30, który razem z KG26 wyposażonym w Heinkle He111s zwalczał alianckie konwoje na północnym Atlantyku. Załoga w składzie: Ofw. Paul Füllborn, Uffz. Wilhelm Mietz, Uffz. Reinhard Spielberg, Ofw.Siegfried Matschke przeżyła przymusowe lądowanie, zniszczyła samolot po czym została odnaleziona i przetransportowana do bazy w Banak. Kilka tygodni później KG30 zmienił rejon stacjonowania na Comiso na Sycyli, gdzie zwalczał aliancką żeglugę w czasie lądowania wojsk brytyjsko-amerykańskich w Afryce Północnej – operacja Torch. Ocalała w Norwegii załoga została zestrzelona i poniosła śmierć 9 listopada 1942 roku.

Podróż na Kapp Borthen przebiegła bezproblemowo. Kapitan obawiał się, że będziemy mieli problem z przebiciem się przez pak lodowy. Na szczęście wiatr nam sprzyjał i lód został odepchnięty w kierunku otwartego morza. Przy pięknej pogodzie płynęliśmy wzdłuż wybrzeża. Mieliśmy doskonały widok na szerokie czoło lodowca Torella. Mijaliśmy je i mijaliśmy, a ono nie chciało zniknąć  z pola widzenia. W końcu, po kilku godzinach rejsu dopłynęliśmy na miejsce. Eltanin holował za sobą Zodiaka, co zdecydowanie przyspieszyło zejście na brzeg naszej jedenastoosobowej wyprawie. Nie musieliśmy używać małego, jachtowego pontonu. Po zejściu na ląd okazało się, że Kapp Borthen to nie tylko wrak Junkersa. Na plaży, na przestrzeni kilkuset metrów leżał szkielet potężnego wieloryba, być może humbaka. Potężna czaszka wbita w plażę sterczała prawie pionowo w niebo. Kręgi wielkości krzesła i długie, ponad dwumetrowe żebra dawały chociaż częściowe wyobrażenie, jak ogromne musiało być zwierzę, którego kości bielały na tej plaży.

Właściwy cel naszej wyprawy leżał około kilometra od wybrzeża. Pomimo awaryjnego lądowania, celowego uszkodzenia przez załogę, odwiedzania przez „zbieraczy pamiątek” i wreszcie pomimo upływu prawie 70 lat wrak bombowca robił wrażenie. Doskonale zachowane elementy aluminiowe, przewody w oplotach, przekaźniki Boscha, farba którą pokryty był samolot, lotnicze opony Dunlopa … W takich miejscach czas nie biegnie normalnym tempem.