Tropy na śniegu

Drugi dzień na Stacji i pierwsze wyjście w teren. Dostałem chyba jeden z mniejszych skuterów chociaż byłem chyba największy, starego, ale pewnie skutecznego bocka Iża i rakietnicę. Zdecydowaliśmy się pojechać skuterami na mały rekonesans w nadziei na spotkanie renów. Musieliśmy również przestrzelić broń. Pierwsze stado renów, które spotkałem liczyło kilka sztuk i w takich ilościach najczęściej są spotykane. Renifery na Spitsbergenie różnią się wyglądem od swoich pobratymców na kontynencie. Są mniejsze, mają krótsze nogi, krótki pysk i przez to bardziej okrągłą głowę. Wyglądają bardziej masywnie. Chciałoby się powiedzieć, że regułę Allena widać jak na dłoni. Oczywiście suknia renów jest gruba i długa przez to bardzo dobrze przystosowana do panujących tutaj warunków – niskich temperatur i przede wszystkim silnych wiatrów. Właściwie nie mają naturalnych wrogów. Jak podaje „Birds and Mammals of Svalbard” – Kit M.Kovacs & Chr. Lydersen (eds) sporadycznie zdarza się, że renifer pada łupem niedźwiedzia. Od kilkudziesięciu lat wstrzymane są także polowania. Dlatego spotykając renifery na Svalbardzie można liczyć, że wykażą zainteresowanie i będą podchodzić do człowieka, zależnie od warunków, nawet na kilka metrów z czego skwapliwie skorzystaliśmy. Przyglądałem się jak żerują, mozolnie odgarniając kopytami śnieg z tundry. Właściwie, trudno sobie wyobrazić, że zwierzęta mogą w dobrej kondycji przetrwać zimę korzystając z tak „lichego” pokarmu i mając tak małe areały. Przy małych opadach śniegu na Spitsbergenie wydaje się, że problemy z dostępnością pokarmu mogą wystąpić w przypadku zlodowacenia pokrywy śnieżnej, ewentualnie, co oczywiste z przegęszczenia populacji. Moje spotkania z reniferami powtarzały się właściwie przez całą wyprawę i miałem okazję zobaczyć te zwierzęta w dość zaskakującej sytuacji.

W drodze powrotnej jadąc na skuterach zauważyłem na śniegu tropy niedźwiedzia. Ciągnęły się charakterystycznymi sierpami w kierunku stacji, skąd przyjechaliśmy kilka godzin wcześniej. Tropy były ogromne i doskonale odciśnięte, a długa sierść łap pozamiatała śnieg. Namówiłem Mateusza do tropienia niedźwiedzia i to On, jadąc pierwszy zauważył zwierzę na paku lodowym . Byłem wniebowzięty. Pierwszy dzień w terenie i miałem już główny obiekt mojego zainteresowania. Do tego pogoda dopisywała. Jednym słowem zaczęło się fantastycznie. Drapieżnik na paku kierował się na ląd, jednak po zorientowaniu się, że jest śledzony zmienił kierunek. Teraz niedźwiedź szedł równolegle do brzegu w odległości 50 – 100 metrów. Zostawiłem skuter i zacząłem biec równolegle do zwierzęcia, co jakiś czas ustawiając się na pozycji i fotografując. Mateusz wrócił do skutera i przejechał około 300 metrów dalej. W tym czasie niedźwiedź będący bardzo blisko skręcił bezpośrednio na mnie. Niestety musiałem odłożyć sprzęt. Załadowałem dubeltówkę breneckami i rakietnicę przez co zapewne straciłem sporo ujęć. Misiek jednak zrezygnował z fotografa, skręcił i ponownie szedł wzdłuż brzegu. W odległości kilkuset metrów wyszedł na przylepę, położył się i kilkanaście sekund baraszkował na plecach. Później zaczął iść w kierunku stacji, którą ominął podążając dalej w kierunku lodowca Hansa. Jak się okazało nikt oprócz nas nie zauważył niedźwiedzia. Niestety tego dnia dwa CF-y SanDisk Extreme 60MB/s 16GB przy zgrywaniu danych odmówiły posłuszeństwa. Puszka skonfigurowana była tak, aby na drugim slocie, na kartę zapisywało się tylko video. Po włożeniu kart do czytnika na komputerze okazało się, że na dwóch kartach mam tylko zapis video i żadnych zdjęć. Numery aktywujące soft do kart zostawiłem w samochodzie, internet na stacji słabo działał, a ja nie miałem narzędzia do odzyskiwania danych! Ogarnęła mnie wściekłość. Na szczęście, dzięki pomocy zimownika Szymona Kostki udało się uratować część zdjęć i przede wszystkim te najważniejsze z niedźwiedziem. Straciłem jednak większość ujęć reniferów, które były zrobione przy doskonałym rozproszonym świetle. Mam nadzieją, że wyrobiłem już normę CF-owych wpadek na cały bieżący rok! Zresztą do tej pory nie wiem czy wina nie leżała po stronie D3s. Następnego dnia skupiłem się na fotografowaniu krajobrazów, tak dla mnie egzotycznych. Wiedziałem, że opady na Spitsbergen należą do jednych z najmniejszych, ale spodziewałem się więcej śniegu. Okazuje się, że ogromna cześć jest po prostu zwiewana przez silne wiatry. Na tundrze, wzdłuż brzegu miejscami w ogóle nie było pokrywy śnieżnej. Na wyniosłościach terenu widać było pozostałości po starych traperskich pułapkach na lisy polarne. Były to dość prymitywne konstrukcje, ale bardzo skuteczne. Przynęta była przyczepiona do kołeczka podtrzymującego daszek na którym ułożony był stos kamieni. Lisek po wyciągnięciu przynęty, a w raz z nią kołeczka był przygniatany ciężkim daszkiem. Z dnia na dzień do Hornsundu przybywało coraz więcej ptaków. Mogłem obserwować mewy trójpalczaste, mewy blade i fulmary. Zaczęły odzywać się edredony, na razie zebrane w duże stada daleko od brzegu. Nad fiordem pojawiały się pierwsze małe stada alczyków. Coraz częściej słychać było oszczekujące się lisy polarne. Przez następnych kilka dni, aby je zwabić wykładaliśmy psią karmę, która była regularnie zjadana. Próbowaliśmy też tropienia, ale niestety pieśce były zbyt ostrożne i nie udało się ich sfotografować. 24 kwietnia na stacji zdarzył się wypadek. Załoga musiała wezwać helikopter , który odwiózł rannego do Longyearbyen. Okazało się, ze Paweł ma pęknięty obojczyk. Wizyta w szpitalu skończyła się usztywnieniem ramienia i zakazem jakiejkolwiek pracy, włącznie z jazdą na skuterze. Dla naszego kolegi zamknęła się więc ewentualna droga powrotna na stację razem ze spodziewaną i opóźnioną grupą z IOPAN. Jedyną możliwością powrotu był śmigłowiec. Ale tutaj kumpel też nie miał szczęścia i nie trafił na „okazję”. Paweł musiał wrócić do kraju i jak się później okazało, sprawa obojczyka nie była błaha.