To zapadają ptaki !

Od trzech dni jestem w północnej Szwecji, prawie 1000 km od Stockholmu. O godzinie 18 wyjeżdżam z mojego „obozu”. Mam przed sobą około 60 km szutrów. Jadę na miejsce wskazane przez mojego przewodnika. Oczywiście gps pracuje, bez niego nie ma mowy żebym trafił. Pomimo tego, że droga jest utwardzona i jadę zmotanym Hilem muszę uważać na skrajnie. Jeszcze miesiąc temu był tutaj metr śniegu. Teraz pozostały tylko niewielkie fragmenty tej czapy. Pokrywa ustępuje bardzo szybko. Grunt jest jednak rozmięknięty do tego stopnia, że idąc drogą, jej nawierzchnia ugina się pod stopami. Coś w rodzaju gąbki tylko, że zrobionej z… tłucznia drogowego! Wrażenie odbiera pewność siebie, zwalniam. To co jest w takim razie na poboczu? Jeden niepewny ruch i nie zdążę na miejsce. Będę machał tirforem przez nastopne dwie godziny i pewnie będzie „po ptokach”. Jestem na miejscu. Mam przed sobą bór sosnowy z lekkim świerkowym podrostem i bogatym runem. Nie jest to „deep forest” ale już wiem że będzie ciężko. Nie przeczuwam jednak jak bardzo. Parkuję uważnie samochód i wywlekam szpej. Idę na dwa body i dwa obiektywy. Zabieram namiot, śpiwór i karimaty. Biorę ze sobą coś energetycznego do przegryzienia i jak zwykle mało picia. Oczywiście nie zapominam o dodatkowym pojemniku do zamknięcia obiegu wody. Idę pod górę jakieś 500 metrów i rozbijam się na stoku. Na statywie ustawiam D3 z wizjerem kątowym i wężykiem z podpiętą 600-tą. W pogotowiu czekają 300-ta i D300. Około godziny 20 wszystko jest gotowe, można próbować się ułożyć. Klinuje nogi o statyw licząc, że w nocy nie wyjadę z budy. Staram się  zasnąć.

Przed 22 wyrywa mnie z drzemki hałas łamanych gałęzi. W pierwszej chwili myślę o niedźwiedziu. Fotografowałem je rok temu w Finlandii z „opancerzonych” bud. Tam, gdzie się na nie nie poluje nie okazują respektu przed człowiekiem. Najniebezpieczniejsza jest jednak matka z młodymi. W Szwecji jest około 2000 niedźwiedzi, czyli ostrożnie licząc 50 razy więcej niż w Polsce. Po sekundzie oczywiście stawiam na łosia. Tak to na pewno on. Nagle gałęzie łamią się z drugiej strony, ale teraz słyszę również ciężki furkot skrzydeł. To lądują (w gwarze łowieckiej – zapadają) ptaki! Nie przypuszczałem, że są tak głośne. Głuszce mogą ważyć nawet powyżej 5 kg. Można sobie wyobrazić, że gdy taki kurak usiądzie na cienkiej gałęzi, to nie ma siły, musi ją złamać. Jest już ciemno. Ptaki zaczynają się odzywać. Najpierw delikatnie i jakby niepewnie tokują na drzewach. Słyszę coś podobnego do „kląskania językiem”, tak jak to robią bawiące się dzieci, kiedy naśladują konika.  Jest ono dość regularne i raczej wolne. Później nabiera tempa i kończy się jakby odkorkowaniem butelki po którym następuje szlifowanie. Dźwięk ten można sobie wyobrazić jak szybkie, wielokrotne przekręcanie szklanego korka w karafce. Odzywają się następne ptaki. Jest ich może 3 lub 4. Później głosy cichną, ptaki się uspokajają. Co jakiś czas słychać tylko delikatne i bardziej odległe głosy. Dokładnie o 2 w nocy zrywam się obudzony klapaniem, trelowaniem, korkowaniem i szlifowaniem jak w gwarze łowieckiej nazywają się wszystkie cztery fazy pieśni głuszca. Ptaki tokują na całego. Słyszę około 5 ptaków. Wrażenia są niesamowite. Las dudni. Słychać trzepot skrzydeł i łamane gałęzie. Zaledwie kilka metrów od mojego ukrycia walczą koguty. Patrzę w wizjer i nie widzę nawet konturów (oczywiście: ISO na 6400, przysłona f4 i czas low). Muszę czekać na świt. Do godziny 4 nie mam najmniejszych szans na sfotografowanie czegokolwiek. O wschodzie słońca słyszę już tylko dwa ptaki, z których jeden jest na wprost mojego wizjera. Po jakiś 10 minutach zostaje już tylko jeden – tokownik dominant. Warunki do fotografowania koszmarne, czasy rzędu poniżej 1/100 s przy ISO 6400. Manualnie ustawiam ostrość, wężykiem wyzwalam migawkę i robię pierwsze rawy. Ptak przechadza się pomiędzy drzewami tokując. Przypomina to trochę zabawę w chowanego. Głuszec doskonale wie o mojej obecności. Podchodzi blisko budy, ale chowa się za sosnami. Widzę ślady nocnej walki. Brakuje mu środkowego pióra z wachlarza. Około 5.30 ptak powoli odchodzi. Siedzę w budzie jeszcze 1,5 godziny, a później zwijam sprzęt. Idę na miejsce nocnych potyczek i do mojej kolekcji trafia brakujący element – ogromne pióro z wachlarza koguta. Następnego dnia wszystko się powtarza, robię jednak tylko 8 zdjęć. Już wiem, że głuszec to prawdziwe wyzwanie.

Kolejnego dnia zaczyna padać, robi się pochmurno z małymi przejaśnieniami. W oczekiwaniu na lepszą pogodę postanawiam odpocząć dwa dni. Niestety drugiego dnia rankiem pogoda całkowicie się załamuje. Sprawdzam prognozę, jest bardzo kiepsko. Przez tydzień ma padać. Góry spowija mgła. Na głuszca nie mam już szans w tym roku. Muszę wracać.

Tych kilka dni spędzonych w tajdze na wsłuchiwaniu się w głosy borealnego lasu to jeden z najpiękniejszych koncertów przyrody w moim życiu. Mogę z nim porównać tylko toki cietrzewia i „rozmowy” bieług. Toki dubeltów, szum skrzydeł batalionów i gęsi, toki rycyków, kaczek, śpiewy łabędzi krzykliwych, to wszystko nie może się równać z tym, czego byłem świadkiem.